Mateusz Machaj, główny ekonomista Instytutu Misesa


Mateusz Machaj
RSS




środa, 25 stycznia 2012

Obecnie trwają dosyć mocne przepychanki między Grecją a jej rozmaitymi wierzycielami. Do 20 marca 2012 roku musi coś się wydarzyć. Wtedy Grecja ogłosi, iż nie jest w stanie spłacić swoich zobowiązań nawet przy ustalonej redukcji długu o 50%. A to oznacza „niekontrolowane bankructwo”, a więc poważną zamieć na rynkach finansowych. Dlatego czynione są obecnie starania, aby jednak dojść do pewnych ustaleń przed 20 marca.

Jedną z najważniejszych obecnie kwestii jest dyskusja o tym, czy redukcja długu greckiego o 50% (lub więcej) będzie oznaczała wystąpienie „zdarzenia kredytowego”. Otóż zdarzenie kredytowe to jest taka sytuacja, która pozwoli na „uruchomienie CDSów” (Credit Default Swaps), czyli po prostu ubezpieczeń na dług. Inwestujący w dług grecki zakupili sobie takie CDS między innymi od znanych i lubianych bankowych bohaterów Kryzys Bloga, a więc od Goldman Sachsa i JP Morgana. GS i JPM emitowały grecki CDS, to znaczy pobierały opłatę za wydanie obietnicy o tym, że w razie bankructwa Grecji wypłacą odszkodowanie. A dokładniej w razie wystąpienia „zdarzenia kredytowego”.
I tutaj zaczynają się schody, czym owo „zdarzenie kredytowe” jest. W świecie finansów już doszło do poważnego pęknięcia, ponieważ zdaniem agencji ratingowych zadeklarowana i ustalona redukcja długu o 50% stanowi zdarzenie kredytowe. Natomiast ISDA (International Swaps and Derivatives Association), czyli stowarzyszenie zajmujące się instrumentami pochodnymi, twierdzi, iż taka redukcja długu jest „dobrowolna”, a więc nie konstytuuje „zdarzenia kredytowego”. W świetle takiej interpretacji Goldman i Morgan nie będą musiały wypłacać odszkodowań. Choć nie zapominajmy, że ISDA nie jest ciałem sądowym (sprawa CDSów pewnie skończy się w sądzie), a jeśli ktoś chce wiedzieć, kto podejmuje tam decyzje, to zapraszam do linka. Trudno ich zatem posądzać o bezstronność.
Na pewno zdarzeniem kredytowym będzie „niekontrolowane bankructwo” – nie ma zatem co się dziwić, iż trwają dosyć mocne przepychanki, w które zaangażowanych jest więcej stron niż tylko grecki rząd i francuskie banki (dodajmy jednak ze szczerością i zawodem, że tak naprawdę w ogóle nie wiadomo, jak duża jest ekspozycja wiążącą się z tymi CDSami; nie mamy i nie jesteśmy w stanie uzyskać jednoznacznych danych). W całą sprawę umoczony jest amerykański sektor finansowy, MFW, ale także Europejski Bank Centralny, który z kolei domaga się specjalnego traktowania.
Dowodem na przepychankę niech będzie spór między prezesem MFW, Lagarde, a EBC, które w tym wypadku jest ciągle przedłużeniem Bundesbanku. Odpisującym skrytożercom greckiego długu mówimy NEIN! Raport Bloomberga o tym, że EBC protestuje przeciwko odpisom na obligacjach greckich. W końcu nie po to je kupował, aby teraz na nich stracić.
Straty na greckim długu są nie do uniknięcia i EBC za to zapłaci. A jak zapłaci za to EBC, to część straty spadnie na barki Bundesbanku. A to oznacza również zmniejszone wpływy do budżetu niemieckiego. Angela Merkel już się wścieka (trochę więcej o rozdysponowywaniu strat i zysków wewnątrz kartelu EBC pisaliśmy tutaj).
EBC chciałby uzyskać status specjalnego kredytodawcy i nie zostać objęty „restrukturyzacją” długu greckiego. To się nie uda. Tak więc i niemiecki rząd swoje zapłaci za grecką bańkę. Ciekawe, czy to samo czeka Goldmana i Morgana.

Ileż tu stron sporu, a Grecja taka malutka.

---

Zapraszam do lektury pozostałych wpisów na Kryzys Blogu, gdzie wpis ukazał się pierwotnie:

Stanisława Kwiatkowskiego interesuje schizofrenia pomiędzy poziomem mikro- i makro- w kwestii zadłużenia.

Jan Lewiński zauważa, że EBC wciela się w doktora Frankensteina na rynko repo.

Mateusz Benedyk pisze o unijnym traktacie na wyjątkowe okoliczności (i o tym jak bardzo mydli się nim nam oczy).

czwartek, 19 stycznia 2012

W swoim niedawnym wpisie Paul Krugman przywołał interesujący wykres, określany „krzywą Gatsbiego”. Krzywa interesująca, ponieważ obrazuje korelację między nierównościami dochodowymi a społeczną mobilnością. Na osi X przedstawiony jest współczynnik Gini, czyli nierówności dochodowych w społeczeństwie (im większy, tym większe nierówności). Na osi Y mobilność dochodowa międzypokoleniowa (jak bardzo wzrost o jeden procent dochodu rodzica wpływa na dochód dziecka, im większy tym wpływ większy). Wniosek jest taki, że im większe nierówności, tym mniejsza mobilność. Krótko mówiąc, społeczeństwo z bardziej nierównym podziałem dochodu wykazuje tendencję do tego, że dochód rodzica bardziej wpływa na dochód dziecka:


Krugman wydaje się zakłopotany faktem, że w USA dochodzi do tak poważnych dysproporcji. Ludzie są coraz bogatsi, a społeczna mobilność mniejsza. Zwróćmy jednak uwagę na kilka rzeczy:
Po pierwsze, sama elastyczność zarobków nie musi być wbrew pozorom ważna. Wyobraźmy sobie chociażby to, że w Korei Północnej dyktator zadecydowałby, że co tydzień dochodzi do loterii, która całkowicie zmienia zarobki i ustala je w pełni losowo. Niewątpliwie elastyczność byłaby „idealna” i najlepsza z możliwych. A jednak byłoby to czyste szaleństwo. Dlaczego? Ponieważ sama elastyczność zarobków nie jest ważna. Ważniejszy jest potencjał rozwojowy gospodarki. W którym społeczeństwie wolałbyś żyć? W Korei Północnej, gdzie jest idealna mobilność, czy w USA, gdzie Buffett może sporo pomóc swoim wnukom w edukacji?
Po drugie, to że zarobiony przez rodzica dochód wpływa na dochód dziecka nie jest anomalią, a raczej normalną konsekwencją porządku opartego na własności. Dla osób wchodzących na rynek raczej ważniejsze jest to, czy są w stanie dokonać skoku w zarobkach i z sukcesem wejść na rynek przy braku przeszkód ze strony systemu prawnego.
Po trzecie, podoba mi się na wykresie korelacja w krajach Skandynawskich, która jest dokładnie odwrotna (taką małą krzywą opadającą można by narysować) – im większa nierówność, tym mniejszy wpływ dochodu rodzica na dochód dziecka. Zawsze wiedziałem, że w tej Skandynawii wychodzi wszystko na odwrót.
A teraz już trochę konkretniej. Debatowanie o równościach, nierównościach, elastycznościach i nieelastycznościach bywa śliskim tematem z wielu względów. Przede wszystkim, że mówimy o rzeczach, które nie są celami samymi w sobie, które mierzy się zupełnie inaczej na przestrzeni lat i które dotyczą zupełnie innych ludzi. Przypomina to trochę debatowanie na temat „czy niskie ceny są dobre, czy złe?”. Oczywiście odpowiedź brzmi „to zależy”. Podobnie z nierównościami – niektóre nierówności są gospodarczo korzystne, inne zabójcze.
Nie ma sensu debatować o nierównościach dochodowych bez dyskusji, skąd one pochodzą. Na przykład nierówności dochodowe w USA są rezultatem działania wielu sił. A wyraźny wzrost tych nierówności w ostatnich dziesięcioleciach to rezultat odejścia od standardu złota i stworzenia w pełni papierowego pieniądza. W wyniku tego gwałtowanie rozrósł się sektor finansowy, podobnie jak zarobki w nim. Zaczął działać arbitraż drukarski, a więc walka na rynku o to, kto pozyska najwięcej z maszyn (komputerów) drukujących pieniądze.
Dlatego zawsze z chęcią słucham Paula Krugmana, chcącego powrócić do wcześniejszych lat i który twierdzi, że lata po drugiej wojnie światowej to lata prawdziwie keynesistowskiej polityki, podczas gdy lata siedemdziesiąte przyniosły rewolucję „monetarystyczną”, czy też „nowoklasyczną” i sprawiły, że tradycyjny keynesizm został wyparty.
Tymczasem to właśnie lata powojenne były mniej keynesistowskie. Bardzo chętnie powrócilibyśmy do czasów standardu złota, stałych kursów, niskiej inflacji, małej ekspansji pieniężnej i małego długu publicznego. A oto i kilka wykresów obrazujących te lata. Inflacja wyraźnie niższa zaraz po wojnie niż po 1971:

Procentowa zmiana długu publicznego, który po wojnie zaczął radykalnie spadać, aby rosnąć po odejściu od częściowego pokrycia w złocie (uwaga ten wskaźnik długu publicznego nie jest do końca dobry, ale oddaje ogólną tendencję):

Procentowa zmiana bazy monetarnej (która wprawdzie nie wyraża podaży pieniądza, ale jest to niedoskonały i jedyny wskaźnik, z którego mogłem skorzystać i który dobrze oddaje ogólną tendencję do prowadzenia polityki inflacyjnej):

Jeśli te wykresy mogłyby nas czegokolwiek nauczyć, to tego, że zaraz po wojnie inflacja była mniejsza, ekspansja pieniężna mniejsza, podobnie jak ekspansja długu. Dzień wolności podatkowej również był wcześniej zaraz po wojnie, żeby przez następne lata zacząć rosnąć. Wszystkie te czynniki: wyższe opodatkowanie, wyższa inflacja, większy dług i druk pieniądza niewątpliwie przyczyniły się do wzrostu nierówności. Tylko, że źródłem tego jest owa keynesistowska polityka, a nie odejście od niej. Czy powrócić do tamtych czasów? Niższe podatki, mniejsza inflacja, mniejszy druk pieniądza i przyrostu długu? Czemu nie? Czy jednak o to chodziło Paulowi Krugmanowi? Jak to mawiają, be careful what you wish for. Od dzisiaj jestem umiarkowanym Krugmanistą.

 

===

 

Zapraszam do lektury pozostałych wpisów na Kryzys Blogu, gdzie wpis ukazał się pierwotnie:

 

Jan Lewiński opisuje w jaki sposób EBC ratowało Francję i Unicredito.

Mateusz Benedyk pisze o wieżowcach i dlaczego źle wróżą Indiom i Chinom.

Szymon Chrupczalski raportuje obniżkę ratingów dla Europy.

Stanisław Kwiatkowski omawia wpływ tej obniżki na europejski system ratunkowy i upadek negocjacji ratunkowych dla Grecji.

piątek, 13 stycznia 2012

Ten tydzień przyniósł wszystkich szokującą informację o tym, że stopy zwrotu na niemieckie półroczne papiery skarbowe były ujemne i wyniosły -0,01%. Od razu do głowy uderza nam wiele pytań – dlaczego ktokolwiek pożyczałby komuś pieniądze, wiedząc, że ten ktoś odda nam ich mniej? Dlaczego w ogóle komukolwiek pożyczać pieniądze na ujemny procent, skoro lepiej je po prostu trzymać i zachować pełną nominalną wartość? (realna może oczywiście spaść w wyniku inflacji, ale przy nominalnie ujemnym oprocentowaniu i inflacji stracimy rzecz jasna jeszcze więcej) Powodów może być kilka, ale wydaje się, że możemy wyróżnić dwa zasadnicze, gdyż wszystkie inne są wariantami jednego z dwóch. Po pierwsze, może to oznaczać, że dany papier wartościowy jest bezpieczniejszy niż trzymanie pieniędzy. Po drugie, może to oznaczać, że dany papier wartościowy jest ceniony nie względu na stopę zwrotu, którą nominalnie posiada, lecz z innych względów. Sądzę, że każdy z przypadków nominalnie ujemnego oprocentowania jest mieszanką obydwu czynników (w mniejszym bądź większym stopniu jednego i drugiego).

W pierwszym scenariuszu sytuacja jest jasna. Otóż duże ilości pieniędzy ciężko trzymać pod łóżkiem. Można na koncie w banku, ale trzeba się liczyć z tym, że depozyt bankowy również pewności nie daje. Wprawdzie bankowe fundusze gwarancyjne ponoć ubezpieczają depozyty, ale dotyczy to przecież stu tysięcy euro. Powyżej tej sumy można stracić wszystko. Dlatego jeśli zaufanie do systemu bankowego słabnie i na przykład rośnie zagrożenie runami, to inwestorzy mogą preferować przeczekanie burzy i przerzucenie środków na rzecz obligacji uznawanych za najbezpieczniejsze. Wydaje się, że ten czynnik był szczególnie ważny po upadku Lehmana, gdy przy oczekiwaniach na dalsze bankructwa bankowe krótkoterminowe obligacje amerykańskie wyraźnie flirtowały z zerówką. Tak teoretycznie mogłoby być z niemieckimi obligacjami, ale rzeczywistość wskazuje na to, iż raczej tak nie jest. To znaczy do runów na banki dochodzi, ale wewnątrz strefy euro – zapadają się systemy bankowe krajów peryferyjnych, a do Niemiec napływają masowo depozyty. Jednakże niemiecki system bankowy nie wydaje się tak zagrożony, że lepiej zamiast depozytów posiadać obligacje niemieckie. Rekordowe depozyty są również odzwierciedlane ogromną niechęcią banków do pożyczania sobie nawzajem: banki komercyjne trzymają prawie pół biliona euro na kontach w Europejskim Banku Centralnym.
Swoją drogą przemawia to również za tym, że bankom już w ogóle średnio się opłaca kupować ujemnie oprocentowane obligacje, skoro mogą odłożyć środki do EBC na bardzo niski, ale jednak dodatni procent.
Może być również tak, że poszczególne oddziały zarządzania ryzykiem w firmach stwierdzają, że część funduszy po prostu musi być w bezpiecznych papierach wartościowych. Nawet jeśli trzeba za nie zapłacić dodatkowo, to nie można wszystkiego trzymać na jednym koncie i koncentrować ryzyka.
Bez względu na wszystko papiery niemieckie są traktowane jako bardzo bezpieczna przystań. Najbezpieczniejsza z możliwych.
Drugi czynnik dotyczy specyficzności danego papieru wartościowego i wydaje się, że to ma decydujące znaczenie. Bez wątpienia traktowanie niemieckich obligacji jako bardzo bezpiecznej przystani przyczyniło się do spadku nominalnego oprocentowania blisko zera. Niemniej jednak przejście granicy zera jest powodowane tym, że ktoś najwyraźniej musi zakupić niemieckie papiery bez względu na koszty. Stopa zwrotu nie jest ważna. Ważne jest to, aby te papiery nabyć – żeby na przykład domknąć jakąś transakcję związaną z futuresami, shortami, albo repo. Ten ktoś, aby wypełnić swoje zobowiązanie, musi komuś dostarczyć niemiecki bon i nie spodziewał się, że ze względu na panikę i ucieczkę do bezpiecznych papierów, popyt na półroczne niemki tak bardzo wzrośnie. Najwyraźniej jeśli taki inwestor nie będzie miał obligacji, to będzie musiał zapłacić jakąś karę. I ta potencjalna kara może być większą niż nominalnie ujemne oprocentowanie bonu niemieckiego. Ot wyjaśnienie zagadki. Lepiej stracić 0,01% niż 0,05%.
Zaś banki, kupujące od rządu obligacje na rynku pierwotnym, mogą chcieć płacić 100,0001 euro za obligację, która za pół roku da 100 euro, ponieważ być może na innych rynkach ktoś potrzebuje tej obligacji tak bardzo że zapłaci za nią 100,0005 euro (czyli mimo ujemnych stóp bank w takiej sytuacji zarabia na różnicach w odsetkach, chociaż są ujemne).
Tak, czy inaczej niskie i ujemne stopy na niektóre obligacje przedstawiają zapaść na rynku zabezpieczeń. Od momentu wystąpienia kryzysu finansowego dochodzi do radykalnego spadku wartości wielu papierowych aktywów, które reprezentowały rozdmuchane na całym świecie bańki długu. Wyparował „dług agencji”, wyparowały aktywa Fannie Mae, Freddy Mac, ostatnio wymieciono długi krajów zagrożonych bankructwem. W efekcie niewiele pozostało aktywów, które są akceptowane przez rynki. Dobrze oddaje to opracowanie FT Alphaville. Oto i wykres:

Jak pisaliśmy we wcześniejszych wpisach (tu tu) EBC podąża tropem amerykańskiego Fedu i zaczyna się zmieniać w lombard ostatniej instancji. Akceptuje aktywa, których nikt inny akceptować nie chce i pod ich zastaw dostarcza płynności na rynku finansowym.
W efekcie EBC staje się tak jak Fed bankiem a la model socjalizmu rynkowego, w którym de facto zarządza rynkiem. Jeśli ktoś myśli, że jest to całkowicie nierealny opis, to może przykład piłkarski trafi bardziej do wyobraźni. Otóż EBC ostatnio udzielił pożyczki pod następujący zastaw:

Nie jest to żart. Real Madryt kupił za rekordową sumę Christiano Ronaldo korzystając z ekspansji kredytowej. Środki uzyskał od hiszpańskiego banku Bankia (który z kolei był bardziej skłonny do udzielenia pożyczek na Ronaldo i Kakę ze względu na to, że klub w razie bankructwa dostanie pomoc państwową). No i jak podaje Telegraph pożyczka została dokonana pod zastaw tych zawodników.
Bankia popadła w tarapaty i musiała się udać po dodatkowe finansowanie do EBC wraz ze swoimi zabezpieczeniami. Ciekawe co będzie w razie bankructwa Bankii i Realu? Czy EBC będzie mógł wkroczyć na rynek transferowy?

Przykład ten, jakkolwiek absurdalny, pokazuje, że na rynku finansowym przestajemy mieć do czynienia z rynkiem, a zaczynami z dyrektywami biurokratów banków centralnych.

 

---

Zapraszam też do lektury pozostałych wpisów na Kryzys Blogu, gdzie wpis ukazał się pierwotnie:

Jan Lewiński pisze o manewrach EBC w celu ratowania zagrożonej obniżką ratingu Francji (i UniCredit)

Mateusz Benedyk o "wróżeniu z wieżowców", czyli dlaczego budowanie drapaczy chmur nie wróży najlepiej azjatyckim potęgom.

środa, 11 stycznia 2012

Dzisiejszy system jest kontestowany przez dwie radykalnie odmienne grupy. Greaterbostonteaparty.com przedstawił bardzo trafny rysunek oddający różnice między tymi grupami. Z jednej strony mamy ruch „oburzonych”, w którym dominują sentymenty marksistowskie (a zatem rozumowanie ekonomicznie przestarzałe, gdyż ekonomia ta zatrzymała się w rozwoju w 1867 roku). Moglibyśmy ich nazwać przeciwnikami kapitalizmu. Z drugiej mamy przeciwników korporatyzmu, czyli zwolenników zmniejszenia polityzacji, która jest źródłem problemów. Rysunek bardzo obrazowy:


Część wspólna dotyczy: wyjścia na ulice, krytyki bailoutów, faworyzowania grup interesu przez rząd i tego, że „jest źle”.

Szybko jednak można zauważyć różnice, ponieważ antykapitaliści chcą: więcej podatków, więcej władzy rządowej, wydawania większej liczby pieniędzy niż się ma, dostępu do pieniędzy innych, przesunięcia bailoutów w inne miejsca i zmiany grup interesu korzystających na regulacjach rządowych. Innymi słowy, nie chodzi o zmianę systemu, lecz o zmianę beneficjentów tego systemu. Sposób finansowania ma się nie zmienić. Mają się zmienić jego stypendyści.

===

Zapraszam do lektury pozostałych wpisów na Kryzys Blogu, gdzie wpis został zamieszczony pierwotnie:

Mateusz Benedyk pisze o bankach cetralnych (Fedzie, EBC i Bank of Japan), które stają się właścicielami olbrzymiej części gospodarki krajów rozwiniętych.

Jan Lewiński o konsekwencjach rehipotekizacji, problemach z rollowaniem długi i stojącym ponad prawem Europejskim Mechanizmie Stabilności.

czwartek, 05 stycznia 2012

W trakcie boomu mało kto zwracał uwagę na to, że Europejski Bank Centralny i jego system nie jest jednym zunifikowanym tworem, a raczej kartelem kilku banków centralnych, w którym każdy krajowy bank centralny jest odpowiednio uczestnikiem tego systemu (udziałowcem – uprzedzając spiskowców od Fedu, nie, to nie oznacza, że EBC jest „prywatnie” posiadany). Kiedy teraz nadszedł czas problemów i tarć międzypaństwowych, coraz więcej obserwatorów i komentatorów zwraca na ten fakt uwagę, gdyż może być niezwykle istotny przy ewentualnym rozpadzie eurostrefy.

Wybitny niemiecki makroekonomista, Hans-Werner Sinn, lansował tezę, że w tym systemie przy obecnym kryzysie Bundesbank jest dotującym pozostałe banki krajów strefy euro. Tezę tę dobrze ilustrują Tornell i Westermann.
Ilustracje zawarte w artykule są uderzające. Oto pożyczki udzielane przez krajowe banki centralne. Porównanie krajów PIIGS i Niemiec:

Wyraźnie widać, że Bundesbank w przeciwieństwie do banków „świnek” zredukował swoje działanie jako pożyczkodawcy ostatniej instancji. Następnie popatrzmy na wykres pokazujący, że Bundesbank przyjmuje obecnie więcej depozytów od instytucji finansowych niż udziela pożyczek:

I na sam koniec zwróćmy uwagę na to, że z technicznego punktu widzenia w eurosystemie inne banki centralne są winne pieniądze niemieckiemu bankowi centralnemu:

Sinn, Tornell i Westermann wyciągają jednak z tych obserwacji nieuzasadnione wnioski i twierdzą, że uderza to w niemiecki system i oznacza, że Bundesbank pożycza pieniądze innym bankom centralnym. Otóż nie, te wykresy obrazują po prostu, że w eurosystemie dochodzi do runu na banki krajów zagrożonych. Pieniądze przepływają z banków słabszych krajów do Niemiec. W tych słabych krajach dochodzi do pieniężnej deflacji we wszystkich wskaźnikach podaży pieniądza, M1, M2, M3. Statystyki włoskie, greckie, portugalskie (w mniejszym hiszpańskie i irlandzkie) są bezwzględne. W tych krajach system bankowy zaczyna się walić – środki są przenoszone do Niemiec. A to oznacza, że w księgowości Eurosystemu przy przepływie pieniędzy Bundesbank księguje siebie jako wierzyciela, a peryferyjny bank centralny jako dłużnika. Wbrew autorom tych opinii samo to nie musi zagrażać istnieniu tego systemu. Natomiast ciekawe może się wydać rozważenie, co się będzie działo, jak sytuacja się pogorszy i trzeba będzie zaksięgować straty na prowadzonych przez banki centralne operacjach.
Tu musimy wrócić do natury EBC. Otóż każdy z krajowych banków centralnych posiada proporcjonalne kapitały w EBC. W sytuacji, w której EBC osiąga „zyski” ze swojej działalności, zostają one proporcjonalnie podzielone zgodnie z tymi udziałami (a następnie wpłacone do krajowego budżetu). Jeśli na normalnych operacjach otwartego rynku EBC poniesie stratę, to również jest dzielona proporcjonalnie. Między innymi dlatego prezes Bundesbanku Jens Weidmann po cichu wywiera presję na eurosystem podobnie jak głośno Merkel, że nie należy angażować się za bardzo na rynku długu krajów zagrożonych, ponieważ będzie to oznaczało socjalizację strat.
Jest jednak pewien zakres działań, który pozostaje w dyspozycji lokalnych banków centralnych: ELA, czyli Emergency Liquidity Assistance, nadzwyczajne pożyczki udzielane bankom, które doświadczają głębokich problemów z płynnością (czyli kiedy jest run na bank). Wtedy straty osiągane na tych operacjach nie są socjalizowane i zostają na krajowym banku centralnym. Właśnie to również ukrywa się w powyższych wykresach. Ze względu na to, że w krajach „świnkach” dochodzi do runów na banki, lokalne krajowe banki centralne drukują euro, żeby te banki nie poupadały. Kiedy przyjdzie czas zaksięgowania strat na tych operacjach może się okazać, że będą umniejszać oficjalny kapitał EBC, który posiadają. A to oznacza, że Bundesbank może się zacząć stawać faktycznym właścicielem EBC. Możliwe scenariusze tej sytuacji są niezwykle inspirujące. W Grecji praktycznie nie ma już tradycyjnego systemu bankowego. Jest jedna wielka zamieciona pod dywan katastrofa. Rok 2012 może się okazać przełomowy dla kształtu strefy euro głównie przez tarcia finansowe wynikające z tego, że EBC jest kartelem. I mimo że jest państwowym kartelem, to podobnie jak większość prywatnych karteli może się rozpaść.

Jakiś czas temu zacząłem się zastanawiać, dlaczego wszystkie ważne instytucje UE znajdują się w Brukseli. Z wyjątkiem EBC, który ma siedzibę we Frankfurcie. Czy jest to tylko ukłon dla Bundesbanku, symbolu silnej waluty, czy też Niemcom bardzo zależało, aby EBC miał siedzibę u nich w kraju z innych powodów…? Co się na przykład stanie, jeśli Niemcy podejmą decyzję jako „wierzyciel” eurosystemu na papierze, że występują ze strefy, a inne kraje nie będą chciały tej decyzji zaakceptować?

 

---

Zapraszam też do lektury pozostałych wpisów na Kryzys Blogu, gdzie wpis ukazał się pierwotnie:

Jan Lewiński pisze o porażkach Fedu, EBC i Chińczyków i ich wzajemnych powiązaniach.

Mateusz Benedyk o runie na banki na w niektórych krajach strefy euro (zgadnijcie Państwo których).

Stanisław Kwiatkowski o szwindlach Goldman Sachsa i Grecji, bez których Greków by w strefie euro nie było (a ich problemy zaczęłyby się dużo wcześniej).

środa, 28 grudnia 2011

Update na końcu.

Jedną z najciekawszych obserwacji, na które pozwala współcześnie internet, jest powracanie do diagnoz i ocen z przeszłości. Szczególnie tych w wykonaniu tak wybitnych ekonomistów jak Joseph Stiglitz. W tym wypadku noblista jest bardzo szeroko rozpoznawany, gdyż jest jednym z nielicznych laureatów Nagrody, którego można by uznać za bardzo, bardzo lewicowego. Stąd naturalne jest, że otrzymuje ogromny posłuch, a jego książki sprzedają się w ogromnej liczbie egzemplarzy, nawet jeśli można znaleźć bardziej analityczne i skrupulatne książki o podobnych tematach.

Stiglitz miał swój mały udział w pojawieniu się się bańki na rynku nieruchomości, gdy w 2002 roku został zatrudniony przez Fannie Mae, aby wydać im pozytywną rekomendację i opinię, że nie mogą zbankrutować. Podobnie jak Paul Krugman, który w 2002 roku pisał, że Greenspan musi obniżyć stopy procentowe i zastąpić bańkę Nasdaq na bańkę na rynku nieruchomości.
Tak w istocie się składa, że słynni lewicujący ekonomiści, którzy zdają się kontestować obecny system, mimowolnie sami przyczyniają się do konserwacji jego ułomności. Nie inaczej było w przypadku greckim. Na początku 2010 roku Joseph Stiglitz został zatrudniony jako doradca rządu greckiego. Działało to na podobnej zasadzie jak w przypadku Fannie Mae – wybitna osobowość przekonuje świat o tym, że nie ma żadnych kłopotów:

Podstawowa kwestia brzmi: nie ma żadnego problemu dla Grecji, aby dokonała obsługi zadłużenia. Nawet przy zadłużeniu 130% PKB przy niskich stopach procentowych 1, 2% jest to niewielka wartość ich produktu krajowego brutto.

Na co wtrąca się Hugh Hendry, wybitny spekulant i przedsiębiorczy inwestor na rynkach finansowych, który dobrze zdaje sobie sprawę z sytuacji już na początku 2010 roku. I do profesora Stiglitza: „Halo, czy mogę coś Panu powiedzieć o świecie rzeczywistym?”
Warto zobaczyć ten klip:

Stiglitz próbuje odpowiadać, że Grecja „wcale nie jest krajem oszukującym” na swoim deficycie. No cóż… Ta Grecja to nawet bardzo porządna dziewczyna. Trudno, co robić?


Zacytujmy tutaj słowa samego Stiglitza w jego diagnozie kryzysu 2008 roku – „Istnieli ekonomiści, którzy dostarczyli politykom, bankierom i regulatorom wygodnej ideologii: zgodnie z tą ideologią polityka i działania, które podejmowali, miały przynieść korzyści wszystkim.”.

Stiglitz był właśnie takim ekonomistą w 2002, gdy twierdził, że Fannie Mae i Freddy Mac to porządne instytucje i stał się nim ponownie w 2010, gdy twierdził, że Grecja nie ma żadnych budżetowych problemów. Naturalnie błędy zdarzają się każdemu, aczkolwiek w przypadku Stiglitza zaskakujące jest to, że werbalnie kontestuje system, a faktycznie sprzyja jego utrzymaniu.

Zapraszam też do lektury pozostałych wpisów na Kryzys Blogu, gdzie wpis ukazał się pierwotnie:

Jan Lewiński pisze o zamiataniu długów EBC pod dywan.

Mateusz Benedyk o europejskich bankach finansujących olbrzymią akcję kredytową w USA.

Stanisław Kwiatkowski o życzliwości S&P wobec europejskich rządów (ale tylko do nowego roku).

Update: Stanisław Kwiatkowski rozwija temat oszustw Greków i przymykania na nie oczy przez Stiglitza.

13:06, mateusz.machaj
Link Komentarze (10) »
środa, 21 grudnia 2011

Obecnie politycy poświęcają dużo czasu na wspólne ugadywanie się, co do tego, przez które konto, jaką literką oznakowane, należy przepuścić publiczne pieniądze, żeby nikt się nie przyczepił, że ktoś łamie prawo. Jednocześnie skłaniają się powoli do podpisania umowy międzynarodowej o zobowiązaniu krajów do nienadmiernego zadłużania się.

Macrobusiness był na tyle uprzejmy, że dostarczył nam ciekawych statystyk o tym, jak kraje wywiązywały się z podobnych zobowiązań złożonych już w przeszłości. Najpierw zwróćmy uwagę na to, jak kraje wywiązywały się ze swojej obietnicy utrzymywania deficytu budżetowego poniżej 3% PKB:



Tabelka wskazuje, jak wychodziło to poszczególnym rządom ze strefy euro przez 10 lat. Na żółto zaznaczone są przypadki łamania zobowiązania. Jak widać chwalone przez wszystkich Niemcy wcale nie mogą uważać się za świętych, skoro częściej zdarzało im się to zobowiązanie złamać niż go dotrzymać. Gdy popatrzymy na drugą daną, czyli zobowiązanie do utrzymania długu publicznego poniżej 60% PKB, to wcale nie jest lepiej:



Tylko raz Niemcom udało się utrzymać dług poniżej tej wielkości, dochodząc do niemal zawrotnego punktu 59% PKB. Punktu, w którym taki kraj jak Polska zgodnie z konstytucją i ustawą musiałby wprowadzić drastyczne programy cięć. Oczywiście Polska to zupełnie inny przypadek niż Niemcy, które mogą sobie pozwolić na to, aby wyemitować więcej zobowiązań.

Niemniej jednak wykresy dobrze pokazują, ile warte są państwowe obietnice o oszczędnościach budżetowych.

Zapraszam też do lektury poprzedniego wpisu na Kryzys Blogu, gdzie wpis ukazał się pierwotnie:

Stanisław Kwiatkowski pisze o szefie EBC Mario Draghim i jego niechęci do agencji ratingowych.



UPDATE:

Mateusz Benedyk rozwija temat wiary w obietnice polityków na Kryzys Blogu.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Poniższy wpis ukazał się pierwotnie na stronach Instytutu Misesa, w ramach premiery reaktywnowanego Kryzys Bloga. Serdecznie zapraszamy do lektury pierwszych wpisów:

1. O sekretnym, olbrzymim pakiecie pożyczek ratunkowych udzielanych przez Fed.

2. O Hiobowych wieściach dla Europy i świata. 

3. O tym, dlaczego sam Ben Bernanke nie wierzy w powodzenie operacji Twist (a przynajmniej tak się zachowuje).

 

Anatomia Kryzysu 2.0

Krótka teoria kryzysów

Kryzysy ekonomiczne można wyjaśnić w ogóle i w szczególe. Narracje generalizujące bywają ostatnio modne, dlatego pokusimy się o takową i zbudujemy model współczesnych kryzysów, który dobrze opisuje większość z nich. Otóż stawiamy tezę, że przepis na kryzys współczesnego typu wymaga zaistnienia trzech czynników, a są nimi:
1. Ignorancja podmiotów gospodarczych.
2. Rozwiązania prawne, które sprzyjają rozpowszechnianiu ignorancji.
3. Rozwiązania prawne, które wprowadzają koszty zewnętrzne oraz redystrybucyjne ignorancji gospodarczej, czyli koszty obciążające osoby niezaangażowane w błędne decyzje.
A zatem po pierwsze, praktycznie wszystkie kryzysy polegają na tym, że dochodzi do ignorancji uczestników procesu gospodarczego. Ludzie popełniają jakieś błędy i przeszacowują inwestycje wybranego typu, traktując je jako niemal niekończące się eldorado. Tymi inwestycjami mogą być cebulki tulipanów, spółki internetowe, nieruchomości albo obligacje skarbowe. Owe błędy i ignorancja są również koszmarem zwolenników teorii racjonalnych oczekiwań (TRO), która zakłada, że ludzie popełniają błędy w zasadzie zupełnie przypadkowo. Tymczasem gdy spojrzymy na większość błędów popełnianych przed okresem kryzysu, to z perspektywy czasu można dojść do wniosku, że są nie do końca przypadkowe. Mało tego: można je całkiem racjonalnie zobrazować i sensownie wyjaśnić ich źródło. Można udowodnić, że ludzie angażowali się w coś, co było w pewnym sensie „irracjonalne”. Dlatego pojawienie się kryzysu jest często swoistym koszmarem dla TRO.
Po drugie, chociaż same błędy muszą wynikać z pewnego rodzaju rozprzestrzenionej niewiedzy, to w zjawisku kryzysu dostrzega się ich namnożenie. System prawny może być przeszkodą dla owego namnożenia albo przeciwnie, może mu sprzyjać; np. jeśli prawo stanowi, że należy robić inwestycje, które uznalibyśmy za ryzykowne, wtedy będzie bodźcem do tego, aby mnożyć błędy.
Po trzecie, współczesny system prawny nie tylko motywuje do złego inwestowania, ale prowadzi do jeszcze poważniejszych wypaczeń. Doprowadza również do tego, że wraz z błędnymi inwestycjami pojawiają się ich wysokie koszty zewnętrzne. System bankowy jest obecnie tak skonstruowany, że głównym rozgrywającym na rynku kapitałowym są banki. Jeszcze w czasach początków kapitalizmu dużo większą rolę odgrywali prywatni posiadacze kapitału, oszczędzający. Obecnie zostali wyparci przez konglomerat prasy drukarskiej i ekspansji kredytu. Jeśli ten konglomerat popada w kłopoty z powodu błędnych inwestycji, pociąga to za sobą poważne reperkusje dla całego pośrednictwa kapitału, a jednocześnie uderza w normalnie prosperujące biznesy. Koszty zewnętrzne są dodatkowo powiększane o koszty redystrybucji, tzn. o takie rozwiązania, które przy użyciu legislacji wystawiają rachunek podatnikom za popełnione błędy. Dlatego gospodarka traci podwójnie: na zatruciu krwiobiegu pieniężnego oraz na bezpośrednio nakładanych obowiązkach do kontrybucji fiskalnych na rzecz upadających banków i inwestycji.
Na każdy kryzys można również popatrzeć jak na kryzys w bilansie podmiotów gospodarczych. Jak wiemy z podstaw rachunkowości, lewa strona oznacza aktywa, czyli posiadany majątek, który przynosi firmom zyski, a prawa strona oznacza pasywa, czyli źródła finansowania ich działalności. Kryzys wyraża się problemami po jednej i po drugiej stronie. Większe kryzysy można opisać metaforycznie i nieco kolokwialnie: po lewej stronie wszystko jest lewe, a po prawej stronie nic nie jest prawe. Oznacza to, że aktywa są wątłe i w rzeczywistości nie stanowią realnego majątku. Pasywa natomiast w dużej mierze reprezentują pewnego rodzaju papierowy, oszukańczy kapitał. Najprostszym tego przykładem jest sytuacja pewnego hipotetycznego banku, który kreuje depozyty (coś jak drukowanie pieniędzy) i przeznacza je na ryzykowne pożyczki hipoteczne. Fikcyjnym, nieistniejącym tak naprawdę kapitałem jest nowy depozyt (kapitał nieprawy, ponieważ nie opiera się na realnych oszczędnościach). Rozpoczęta ryzykowna inwestycja oznacza lewe aktywa, ponieważ najpewniej nie zostanie spłacona .

Kryzys na rynku amerykańskim

Kryzys na rynku amerykańskim stanowił szczególny przypadek, wymagający w większej mierze analizy historycznej, ponieważ ogromną rolę odgrywały w nim rozmaite szczególiki techniczne – szczególiki techniczne, które umożliwiają spełnienie punktów drugiego i trzeciego. Niemniej jednak kryzys amerykański sprzed trzech lat jesteśmy w stanie opisać ogólnie, tak jak powyżej. Banki opierały się w swojej działalności na papierowym kapitale, systemie rezerw cząstkowych pod parasolem banków centralnych. Inwestowały jednocześnie w bardzo lewe aktywa, związane z amerykańskim rynkiem nieruchomości. Ceny tych nieruchomości rosły przede wszystkim w wyniku bezprecedensowej akcji kredytowej prowadzonej przez banki.
Naiwna wiara w opłacalność inwestycji pozwoliła na spełnienie pierwszego postulatu, czyli wytworzenie ignorancji gospodarczej. Co więcej, w zgodzie z punktem drugim, znaczącą rolę w rozprzestrzenianiu ignorancji odegrał amerykański bank centralny oraz organy nadzoru finansowego w USA. System Rezerwy Federalnej obniżył stopy procentowe nominalne do poziomu 1%, a potem utrzymywał je długo na niskim poziomie, aż do momentu gdy stały się realnie ujemne. Dobry dostęp do niedrogiego finansowania sprzyjał powstaniu bańki na rynku nieruchomości. Tani kredyt zalewał rynek i doprowadzał do pogarszania jakości udzielanych kredytów (w tych miejscach można było osiągać relatywnie wyższe stopy zwrotu).
W całym tym szalonym kredytowym procederze ważną rolę odegrał nadzór amerykański, którego regulacje skanalizowały dodatkowe fundusze wykreowane przez Fed prosto na rynek nieruchomości. Odbywało się to za pomocą instrumentów pochodnych emitowanych przez „spółki specjalnego przeznaczenia”. Banki mogły emitować masę kredytów, a następnie przekazywać je tym spółkom w postaci papierów wartościowych. Szaleństwo kreacji kredytu było jeszcze silniejsze, ponieważ stopy banku centralnego utrzymywały się na rekordowo niskim poziomie. Nadzór pilnował przestrzegania regulacji kapitałowych, którym banki musiały się podporządkować. Zgodnie z założeniem te regulacje miały prowadzić do sytuacji, w której ryzyko rozłożono na różne podmioty, dzięki czemu cały rynek nie ucierpiałby na możliwym kryzysie. W rzeczywistości regulacje wprowadziły dodatkowe, większe „ryzyko systemowe”, wynikające z tego, że organ nadzoru narzucił własną, tę rzekomo właściwą, ocenę opłacalności i ryzyka na rynku. Nadzór uwierzył, że swoimi regulacjami jest w stanie zatrzymać rozprzestrzenianie się ignorancji. Jego działania okazały się jednak mieć przeciwne skutki do zamierzonych.
Regulacje wbrew intuicji nie poprowadziły do dywersyfikacji ryzyka i bezpieczniejszego inwestowania. Przeciwnie, w dużej mierze narzuciły bankom jeden powszechnie obowiązujący model biznesowy, jedną dopuszczalną interpretację ryzyka w otoczeniu ekspansji pieniężnej nagrywanej przez bank centralny. Dzięki ich egzekwowaniu stworzono otoczenie prawne, które promowało nieodpowiedzialną kreację kredytu i rozpowszechnienie ignorancji na całym rynku. Z tego powodu masowa iluzja urosła do niewyobrażalnych rozmiarów, a ignorancja rozprzestrzeniła się nie tylko na amerykańską gospodarkę, lecz na cały świat. Teoretycznie nadzór i sugerowana przez niego ocena ryzyka miały ubezpieczać gospodarkę na wypadek pojawienia się nieprzewidywalnych i bardzo ryzykownych zawirowań, określanych przez Nassima Taleba jako „czarne łabędzie”. W praktyce regulacje państwowe nie tylko nie były w stanie ochronić nas przed tego typu zdarzeniami, ale wręcz same zaczęły je produkować i rozmnażać.
Tak jak zaznaczyliśmy w trzecim składniku kryzysu, błędne decyzje inwestycyjne, stymulowane przez rządowe regulacje przynoszące nadmierne ryzyko, wywoływały ogromne efekty zewnętrzne. Ze względu na istotę współczesnego systemu bankowego jego skażenie przynosi straty nie tylko samym zainteresowanym, ale całej gospodarce. Gdyby kwestia błędnych inwestycji w nieruchomości była rozwiązywana jak w tradycyjnym biznesie, wtedy błędy obciążyłyby bezpośrednio zainteresowanych. Niestety, współczesny system bankowy jest podpięty pod krwiobieg gospodarczy, ponieważ kreuje pieniądze, kredyty i pośredniczy w przekazywaniu kapitału. Gdyby jednak te zadania były jasno od siebie oddzielone, wtedy inwestujący na rynku nieruchomości nie mógłby pociągnąć za sobą całej gospodarki. Dana placówka zaksięgowałaby po prostu straty na inwestycjach albo zbankrutowałaby jak zwykła spółka giełdowa. Żyjemy jednak w czasach, w których banki są królami siły nabywczej i niepisanych praw pierwokupu większości projektów, więc popełniane przez nie błędy mogą prowadzić do zastoju normalnie prosperujących biznesów.

Interpretacja regulacyjna a kryzys w strefie euro

Po nastąpieniu kryzysu amerykańskiego pojawiło się wiele rozmaitych jego interpretacji. Sporo komentatorów zwróciło uwagę na mniejszą bądź większą rolę banku centralnego w obniżkach stóp procentowych. Cześć krytyków deprecjonowała jednak ten czynnik i zwracała uwagę na skomplikowanie instrumentów inwestycyjnych oraz systemów prawnych, co sprawiło, że inwestorzy nie mogli się do końca zorientować, w co inwestują. Co więcej, z tym podejściem często wiąże się również „interpretacja regulacyjna” kryzysu, zbudowana na wierze w to, że gdyby inaczej regulować system finansowy (bez poważnej zmiany jego podstaw prawnych), to kryzysu z pewnością dałoby się uniknąć.
Oczywiście nad rolą poszczególnych rozwiązań regulacyjnych należy debatować, rozpatrując każde rozwiązanie w sposób szczegółowy; zwłaszcza że z punktu widzenia praktyki prawnej „deregulacja” zawsze wymaga jakichś „regulacji”, a „regulacja” na upartego może się wyrażać jakąś „deregulacją”. Z punktu widzenia systemu rynkowego i sprawności funkcjonowania gospodarki nie chodzi o dwie agregatowe i dychotomiczne wielkości: „regulacje” i „deregulacje”, lecz o to, jak wyglądają poszczególne rozwiązania prawne i kto je egzekwuje. Na przykład zwolennicy standardu złota są za odpowiednią regulacją, która przywróci pieniądz rynkowy i jasno go zdefiniuje, a regulacyjni zwolennicy obecnego systemu opowiadają się za zderegulowaną produkcją pieniądza (a przynajmniej bardziej zderegulowaną niż w przypadku standardu złota). Te przykłady pokazują, że mówienie o „regulacji” i „deregulacji” ogółem jest zgubne i nieprecyzyjne – nie każda deregulacja jest zła i nie każda regulacja jest dobra; i na odwrót.
Umiłowanie samego pojęcia „regulacji” najczęściej wyraża psychologiczne ciągotki do łatwego rozwiązywania pojawiających się kłopotów. W momencie wystąpienia załamania gospodarczego zawsze najłatwiej powiedzieć: „Ktoś powinien był to kontrolować”, albo: „Ktoś na pewno mógł tak wszystko zaplanować, żeby było dobrze”. Ktoś coś popsuł; najprostsza podpowiedź jest taka, że wystarczy jakaś dobra ustawa, która by tego ancymona pohamowała.
Kryzys w strefie euro w dużej mierze zaprzecza najprostszej wersji „interpretacji regulacyjnej”. W pewnym sensie udowodnił błędność tezy o nadmiernym skomplikowaniu instrumentów, które nie były należycie regulowane. Wynika to z faktu, że kryzys wystąpił w przypadku najbardziej elementarnego, najmniej skomplikowanego, wręcz zupełnie trywialnego instrumentu finansowego – obligacji. Mało tego, dotyczył obligacji państwowych, a więc emitowanych właśnie przez te instytucje, które rzekomo mają odpowiadać za odpowiedni nadzór. Okazało się, że nie można tutaj polegać ani na prostocie aktywów, ani na ich łatwej regulacji.
Bynajmniej nie chodzi tylko o biurokrację zewsząd krytykowanych krajów PIIGS (Portugalii, Włoch, Irlandii, Grecji i Hiszpanii). Na to, że ich obligacje stanowią dobrą inwestycję, nabrały się inne europejskie i amerykańskie systemy regulacyjne. Co więcej, głównym rozgrywającym był Europejski Bank Centralny, który po wstąpieniu tych krajów do eurostrefy akceptował ich obligacje w rozliczeniach i operacjach otwartego rynku, jakby były tak pewne jak obligacje niemieckie.
Skoro tak prosty instrument mógł spowodować mnóstwo problemów na rynku finansowym i skoro związanego z nim zagrożenia nie były w stanie zauważyć organy regulacji, to najprostsza wersja interpretacji regulacyjnej musi upaść. Jeśli ktokolwiek wierzy, że kryzysom da się zapobiec za pomocą biurokratycznego planowania rynku, to niestety musi skapitulować wobec serii historycznych porażek takich pomysłów. Obecny europejski kryzys jest tego świetnym przykładem. Organy kontrolne nie są w stanie wszystkiego przewidzieć i nie są w stanie zapobiec problemom, które powodują inne organy państwowe, takie jak bank centralny.
Zamiast wierzyć w to, że mechanizmy rynkowe da się przewidzieć i skutecznie zaplanować, lepiej wyjść od realistycznego założenia, że ignorancja i błędy popełniane przez podmioty gospodarcze są nieuniknioną częścią procesu rynkowego. Dla organów nadzoru i systemu prawnego najważniejsza nie powinna być próba wyeliminowania tych błędów za wszelką cenę, ponieważ wydaje się to najzwyczajniej w świecie niemożliwe. Dlatego lepiej jest zadbać o takie otoczenie regulacyjne, które pozwoli uniknąć komasowania błędów inwestycyjnych i rozpowszechniania się ignorancji inwestycyjnej na wszystkie podmioty rynkowe. W dodatku trzeba dopilnować, by błędy inwestycyjne nie powodowały szkodliwych skutków zewnętrznych, co dzieje się na wielką skalę we współczesnej gospodarce.
W tym celu należałoby powrócić do starej zasady odpowiedzialności inwestycyjnej i zrezygnować z możliwości eksternalizacji kosztów wynikających z błędów. System bankowości centralnej wraz z rezerwami cząstkowymi temu nie sprzyja i przyczynia się do tego, że lewa strona staje się bardziej lewa, a prawa mało prawa. Asysta fiskalna ze strony rządu tylko zwiększa możliwości przenoszenia strat na podatnika. Natomiast pracownicy organu regulacji nieudolnie próbują zapanować nad tym procesem, tak jakby byli wszechmocni, jakby nie uważali się za zwykłych śmiertelników, jakby potrafili przewidywać przyszłość i dokonywać perfekcyjnej refleksji nad temat bilansów wszystkich jednostek gospodarczych.
Zamiast nieudolnie zwalczać skutki biurokratycznym planowaniem, lepszym rozwiązaniem byłoby zwalczenie przyczyn, czyli zmiana sposobu produkcji pieniądza. Właściwie dlaczego rozwiązaniem problemów tworzenia pustego pieniądza i niedorzecznego kredytu nie mogłoby być uzależnienie produkcji pieniądza od jego rzeczywistej rzadkości i uniezależnienie od woli monetarno-kredytowych planistów zarówno w rządach, jak i sektorze bankowym? Po co do uznaniowych planistów w produkcji pieniądza dodawać kolejnych planistów patrzących na ręce ich nieuniknionych beneficjentów? Czyż nie lepiej i nie prościej zrezygnować w tym przypadku z uznaniowości tej produkcji?

Kryzys 2.0, czyli wewnętrzny konflikt strefy euro

Jak trafnie zauważa wielu obserwatorów, problemy strefy euro wynikają z połączenia centralnej władzy monetarnej i rozdrobnionych władz fiskalnych. Nikt tak trafnie nie zwraca na to uwagi jak Philipp Bagus w książce Tragedia euro. Wewnętrzny konflikt w strefie euro jest realny bez względu na to, czy jest się zwolennikiem, czy przeciwnikiem strefy euro. Europejski Bank Centralny jest kartelem krajowych banków centralnych, ale zachowuje cechy bardzo podobne do cech krajowego banku centralnego, tzn. sprzyja po cichu rynkom obligacji państwowych, doprowadzając jednocześnie do tego, że długi państwowe są pośrednio monetyzowane. Naturalnie bank centralny nie kupuje bezpośrednio obligacji od rządu. Może to jednak robić przez pośrednika, rynki finansowe i nabywać dług właśnie na rynku wtórnym lub akceptować go jako zabezpieczenie w procesie pożyczkowym. Ta procedura państwowej produkcji pieniądza stanowi główną przyczynę istnienia ogromnych długów publicznych. Nie jest zbiegiem okoliczności to, że eksplozja długów publicznych w czasach pokoju w krajach zachodnich zbiegła się z momentem całkowitego uniezależnienia produkcji pieniądza od jakichkolwiek rynkowych hamulców (czyli od momentu odejścia od systemu z Bretton Woods).
W przypadku gdy ta współpraca dotyczy jednego aparatu państwowego, konflikty między rządami nie istnieją (ponieważ jest tylko jeden rząd). W przypadku strefy euro mamy natomiast jeden bank centralny i wiele różnych rządów, które korzystają z jego istnienia. Stąd np. emitujące w dużym zakresie dług Grecja czy Hiszpania korzystają z tego kosztem krajów bardziej konserwatywnych fiskalnie, takich jak Niemcy. Stanowi to źródło potencjalnych konfliktów i jednocześnie oznacza, że słabsze kraje mogą być gapowiczami w inflacji, korzystać z silniejszego pieniądza, silnego banku centralnego i zadłużać się tanio w mocnej walucie.
Dlatego kryzys w strefie euro jest ze wszech miar podobny do kryzysu amerykańskiego. Zamiast z kredytami hipotecznymi mamy do czynienia z ryzykownymi kredytami udzielanymi słabszym rządom bez właściwej oceny ich zdolności kredytowej. Ta zdolność kredytowa została zafałszowana wstąpieniem PIIGS do strefy euro. Wraz z tym bardzo niskie stopy procentowe otworzyły drogę do taniego finansowania i nadmiernej ekspansji sektora publicznego, który właśnie utracił zdolność utrzymania się.
Zwróćmy uwagę na dwa ważne aspekty całej sprawy. Po pierwsze, kłopoty wynikły nie z niskich stóp procentowych per se, ale z tego, że niskie stopy są realizowane za pomocą politycznej produkcji pieniądza. Po drugie, problemem nie jest istnienie jednej waluty, lecz waluty produkowanej politycznie.
Aby uzmysłowić sobie nadrzędną rolę państwowej produkcji pieniądza w tym przypadku, wyobraźmy sobie, że strefa euro opiera się na wspólnym pieniądzu, ale produkowanym przez rynek, np. na standardzie złota. Jak wyglądałby wtedy scenariusz grecki? Przede wszystkim mimo istnienia wspólnej waluty Grecja nie byłaby w stanie zadłużyć się w niej na taką skalę; a to z prostej przyczyny – nie istniałby bank centralny drukujący złoto, który po cichu wspierałby rynek greckich obligacji. Oznacza to, że niemożliwe byłoby proste rolowanie długu, a rząd musiałby polegać na większym konserwatyzmie fiskalnym, nie zaś na spirali zadłużenia i druku pieniądza. Złota nie mógłby drukować bank centralny, toteż nie mogłyby go dostawać banki komercyjne pod zastaw państwowych obligacji. Dlatego rząd stawałby się kredytobiorcą opierającym się niemal w całości na przychodach podatkowych, nie na inflacji pieniądza. Znacznie zmniejszyłoby to jego zdolności do zadłużania się.
Grecja nie mogłaby się również zadłużyć po tak niskich stopach, mimo że złoto byłoby nawet mocniejszym pieniądzem niż euro. Stopy musiałyby zapewne uwzględniać większe ryzyko bankructwa, ponieważ te obligacje nie byłyby wykupywane przez EBC czy MFW. Załóżmy nawet, że znaleźliby się odważni, którzy pożyczaliby tanio pieniądze rządowi greckiemu w nadziei, że ten nie będzie miał problemów ze spłatą długu. Wtedy przeprowadzaliby tę operację na własną rękę, tzn. nie doprowadziliby do zatrucia systemu bankowego nadmierną emisją długów publicznych. Po prostu byłyby to osoby, które założyły sobie fundusz, kompanię finansową, by osiągnąć korzystny wynik finansowy. Nawet gdyby zbankrutowały na tej operacji, nie uderzyłyby w resztę ludzi korzystających z monetarnego krwiobiegu gospodarki. Każdy inny posiadacz kawałków kruszcu miałby się dobrze, podobnie jak inni wierzyciele i kredytobiorcy, którzy prowadzili swój biznes w sposób rozsądny.
Tradycyjny ogólny opis teorii kryzysów możemy również zastosować do analizy obecnego kryzysu europejskiego. Przejawem ignorancji jest twierdzenie, że wszystkie rządy w strefie euro będą w stanie bez problemów spłacać swoje długi. Rozprzestrzenianiu się tej ignorancji sprzyjały instytucje regulacyjne i bankowe ustanowione przez władze państwowe. W odniesieniu do regulacji bankowych zakłada się nawet de facto, że w bankowości zobowiązań rządów państw niemal w ogóle nie trzeba zabezpieczać, w związku z czym ryzyko jest zerowe. Regulacje pozwalają dostać pod ich zastaw świeże pieniądze. Nic dziwnego, że cały system bankowy został zakażony inwestycyjną chorobą, podobnie jak w przypadku amerykańskiego rynku. Banki ubogie w kapitał lub też bogate w kapitał nieprawy zainwestowały środki w bardzo lewe aktywa. Na końcowym etapie rachunek za tę ignorancję ma zostać wystawiony podatnikom i korzystającym z pieniądza oraz kapitału.

Rozwiązania korzystne i fikcyjne

Warto tu wspomnieć o różnych możliwych rozwiązaniach tej sytuacji. Jednym z nich jest rozwiązanie zdroworozsądkowe i korzystne – ujawnienie lewizny w aktywach i przywrócenie roli dla prawego kapitału. Pierwsze oznacza de facto bankructwo i kontrolowane upłynnienie zbankrutowanych krajów oraz banków (w tym scenariuszu w trosce o masy można nawet uratować wszystkie depozyty bankowe). Drugie oznacza przywrócenie rynkowej produkcji pieniądza. Wspólną europejską walutę można uratować, o ile naprawdę się ją wprowadzi. Obecnie jest to wspólna waluta, ale europejskich polityków.
Rządy nie są jednak zainteresowane tymi rozwiązaniami, ponieważ mogłoby to oznaczać potężne przewroty we władzy oraz w sektorze finansowym. Dlatego przyjęto rozwiązania bliźniaczo podobne do rozwiązań amerykańskich; np. utworzono spółkę specjalnego przeznaczenia, EFSF, która ma kupować dług zagrożonych krajów. Ta spółka ma gwarancje ze strony wszystkich członków strefy euro, co zwiększa jej wiarygodność (w końcu stoją za nią również Niemcy) i pozwala na zaciąganie tańszych kredytów, niż w przypadku gdy kredyt zaciągają kraje PIIGS (przynajmniej w teorii). Dodatkowo wzmocniono rolę EBC we wspieraniu banków (udzielanie pożyczek na dłuższy termin, pod gorszej jakości zabezpieczenie), podobnie jak miało to miejsce w przypadku Fedu. Od przełomu lat 2008 i 2009 komentatorzy i publicyści żartobliwie oceniali, że amerykański bank centralny zmienia się w lombard i zaczyna przyjmować pod zastaw coraz większy zakres aktywów. EBC odważnie podąża tą ścieżką – ścieżką, która nie uratowała USA od długotrwałego zastoju.
Nie ma tu miejsca, by dokładnie rozpisywać się o szczegółach tych uwarunkowań. W skrócie chodzi o to, aby system konserwować, a więc dalej pozwalać rządom na emisję długu, ekspansję pieniężną i jednocześnie umożliwiać bankom nieodpowiedzialne inwestowanie na koszt podatnika – krótko mówiąc, robić wszystko to, co sprzyja rozprzestrzenianiu się inwestycyjnej ignorancji, skomasowanych błędów oraz wystawieniu ostatecznego rachunku podatnikowi.

Mateusz Machaj

czwartek, 27 października 2011

Na łamach magazynu "Trend - miesięcznik o sztuce inwestowania" ukazał się wywiad pt. Obecna strefa euro musi się "skończyć".

Zapraszam do lektury.

poniedziałek, 26 września 2011

Prawdopodobnie ważniejszym argumentem na rzecz alternatywnej polityki monetarnej, zanim się obniży stopy overnight do zera, jest zapewnienie społeczeństwa, że osiągnięcie poziomu zero nie zostanie zinterpretowane jako sytuacja, w której bankowi centralnemu „skończyła się amunicja”. To znaczy, żeby niskie stopy nie sprzyjały wrażeniu, że polityka pieniężna jest nieefektywna.

Ben Bernanke, 2004[1]

 

Obecny szef Rezerwy Federalnej, amerykańskiego banku centralnego, nieprzypadkowo został wybrany na to stanowisko. Przez całe lata swojej naukowej kariery zajmował się problematyką działania banków centralnych w poważnych warunkach kryzysowych. Wiele z jego opracowań dotyczy w istocie możliwości prowadzenia aktywnej polityki pieniężnej w sytuacji głębokiego zaburzenia gospodarczego. Można było wręcz pokusić się o sugestię, że skoro został wybrany następcą Alana Greenspana, to władze przygotowują się na prawdziwy finansowy sztorm, ponieważ zatrudniono jako szefa człowieka, który wskazuje, jak wielu narzędzi powinien używać bank centralny w sytuacji pieniężnego tsunami.

Obecny kryzys można próbować tłumaczyć na różne sposoby. Dotyczy to zarówno źródeł samego kryzysu, jak i sposobów jego zwalczania. Co do samej istoty, kryzys można łatwo zaobserwować, zaglądając do księgowości wielu firm, a jego istotę da się podsumować następującym stwierdzeniem: po prawej stronie nic nie jest prawe, a po lewej stronie wszystko jest lewe (luźne tłumaczenie: on the right side nothing is right, and on the left side there is nothing left). Krótko mówiąc, oznacza to, że aktywa banków (lewa strona) są przeszacowane, a ich inwestycje błędne. Kapitał banków (pasywa) jest za mały i nie składa się z dobrowolnych oszczędności, lecz jest w dużej mierze rezultatem obecnego systemu rezerw cząstkowych sterowanego przez bank centralny i jego papierową politykę pieniężną.

W celu zaradzenia kłopotom należałoby wobec tego coś zrobić z tymi zaśmieconymi bilansami, a przede wszystkim tak zmienić system pieniężny, aby do takiego zaśmiecania nie dopuścić kolejnym razem.

To nie interesuje jednak ani amerykańskiego, ani europejskiego banku centralnego. Kartele bankowe nie chcą słyszeć o jakichkolwiek stratach, likwidacjach czy drobnych korektach. W dodatku informują społeczeństwa, że przecież nie można dopuścić do upadku banków, ponieważ byłaby to kompletna katastrofa i koniec świata (jakby nie dało się na przykład uratować depozytów ludności przy jednoczesnym wyczyszczeniu skażonego sektora bankowego).

Dlatego w świetle założeń dotyczących konieczności ratowania banków za wszelką cenę władze państw kontynuują strategię, która ani nie przyspieszy wyjścia z kryzysu, ani nie uratuje nas przed kolejnymi. Zaangażowane w interwencje banki centralne i rządy dalej podtrzymują sytuację, w której prawa strona jest jeszcze mniej prawa, a lewa strona ani trochę nie przestała być lewa. Jednym z takich ważniejszych działań było paniczne pompowanie rezerw przez Rezerwę Federalną i obniżanie stóp procentowych do poziomu zerowego.

Dopóki jednak nie nastąpi nacjonalizacja całej gospodarki, dopóty resztki mechanizmu rynkowego będą wskazywać na to, że redystrybucja kosztów poniesionych strat nie zlikwiduje samych strat. Jedno, co udaje się osiągnąć taką polityką, to stworzenie wrażenia „pułapki płynności” — pieniądze zostają wykreowane i wtłoczone w chodzące finansowe zombie, upadające banki, które zamiast pożyczać i wpuszczać pieniądze na rynek, „siedzą” na tych rezerwach. Jak jednak można oczekiwać, by rozpoczęły aktywną politykę kredytową, skoro w systemie ciągle jest wiele aktywów, których wartość rynkowa wynika z tego, że bank centralny bez przerwy interweniuje na rynku? Nie ma się co dziwić, że pieniądze nie idą „na rynek”, skoro kreatorem rynku, obecnie ostatnią instancją rynku finansowego, jest sam bank centralny.

Ben Bernanke jako akademik doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Wiedział, że taka „pułapka płynności” nie stanowi rezultatu sił rynkowych, lecz jest konsekwencją przyjmowanej keynesistowskiej polityki. Dlatego w 2004 roku opublikował artykuł na temat narzędzi, które należy zacząć stosować w momencie zbliżania się do niebezpiecznej granicy zera procent na pożyczki udzielane przez bank centralny. Wśród tych narzędzi wymienił trzy:

(1)        Wpływanie na oczekiwania co do stóp procentowych

(2)        Zwiększanie bilansu banku centralnego

(3)        Zmianę kompozycji bilansu banku centralnego

Pierwsze z wymienionych narzędzi oznacza konieczność utrzymywania niskich stóp procentowych i gotowość udzielania nisko oprocentowanych pożyczek bankom. Co więcej, to utrzymywanie musi być zakomunikowane społeczeństwu. Nie można dopuścić do sytuacji, w której rynek oczekuje wzrostu stóp. Należy więc bez przerwy przekonywać ludzi i dawać im do zrozumienia, że bank centralny będzie utrzymywał krótkoterminowe stopy procentowe na niskim poziomie tak długo, jak długo będzie tego wymagała sytuacja.

Druga operacja polega na zwiększaniu ilości posiadanych aktywów przez bank centralny. Oznacza to zakupienie dodatkowych obligacji skarbowych przez amerykański bank centralny. Ta operacja nie musi jednak dotyczyć tylko rządowego długu. Może również polegać na skupowaniu długu korporacyjnego i prywatnych zobowiązań, a także wszelkich instrumentów pochodnych, na przykład powiązanych z rynkiem nieruchomości i kredytów hipotecznych. Konsekwencją tego typu działań jest podbijanie cen aktywów i zwiększanie podaży pieniądza w obiegu. Tę operację znamy jako „poluzowanie ilościowe” (quantitative easing).

Trzecie narzędzie jest powiązane z wcześniejszym, dotyczy bowiem polityki bilansowej banku. W tym wariancie bank centralny nie musi zwiększać ilości posiadanych aktywów, lecz może zmienić formę aktywów, które posiada (obydwie operacje da się przeprowadzać jednocześnie). Może na przykład zamienić posiadane obligacje skarbowe na rzecz długu prywatnego (tak jak to się działo zaraz na początku kryzysu pod koniec 2008 roku). Można się również zaangażować w oficjalnie ogłoszoną kilka dni temu operację „Twist”, w której bank centralny pozbywa się części posiadanych krótkoterminowych papierów rządowych na rzecz zakupienia papierów długoterminowych (na przykład zamiast dwuletnich przerzucenie się na trzydziestoletnie). To narzędzie ma służyć nie tylko do „obniżania stóp”, ale do obniżania stóp na wielu różnych rynkach. Na przykład nie tylko rentowności obligacji, lecz również prywatnego długu, nie tylko na krótkoterminowych obligacji, lecz także długoterminowych.

Co ciekawe, w swojej publikacji z 2004 Bernanke wskazał na niebezpieczeństwa operacji trzeciego kalibru:

 

Do przedyskutowania jest kwestia, czy polityka polegająca na manipulowaniu kompozycją bilansu banku centralnego jest efektywna […] bank centralny mógłby stać się właścicielem większości manipulowanych aktywów. Co więcej, nawet jeśli ogromne zakupy długoterminowych papierów rządowych mogą wpłynąć na ich rentowność, ta polityka może nie mieć znaczących gospodarczych efektów, jeśli te papiery zostaną „odłączone” od reszty struktury stóp procentowych i od stóp prywatnych, takich jak stopy kredytów hipotecznych[2].

 
Innymi słowy, nawet sam Bernanke, powołując się na badania empiryczne, miał wątpliwości, czy działania, które obecnie podejmuje, mogą prowadzić do pozytywnych efektów. Konsekwencją tych operacji może być stworzenie pewnego finansowego kokonu aktywów, które są kupowane. W istocie, tworzenie takich kokonów (na różnych wspieranych przez banki centralne rynkach — począwszy od amerykańskich instrumentów pochodnych, a skończywszy na greckich obligacjach) obserwujemy od początku pojawienia się kryzysu i rozpoczęcia masowych interwencji. Takie kokony sprawiają, że coraz bardziej oddalamy się od efektywności mechanizmu rynkowego i idziemy w stronę biurokratycznego planowania. Wydaje się, że istnieje jedna sensowna odpowiedź na pytanie, dlaczego tą nieefektywną drogą podążają władze: najwyraźniej niektórzy są gotowi utopić gospodarkę w długoletniej recesji typu japońskiego, aby tylko uratować bankowych bankrutów. W takim przypadku bankowi centralnemu będzie raczej bardziej zależało na ratowaniu banków i utrzymywaniu przy życiu wielu finansowych zombie.

Najważniejsze w artykule Bernankego z 2004 roku było jednak to, że stanowił on zapowiedź możliwej nieefektywności polityki pieniężnej przy stopach równych zero. Co należy wtedy zrobić? „Bez nerwów — zdawał się informować Bernanke — Możemy przecież przekonywać społeczeństwo, że stopy będą długo na niskim poziomie, możemy kupować więcej aktywów z rynku i drukować na to pieniądze, możemy wreszcie zmieniać rodzaj posiadanych aktywów”. A wszystko po to — jak zaznaczono w motcie niniejszego tekstu — aby zapewnić społeczeństwo, że bank centralny kontroluje sytuację i ma pełny magazynek.

Od trzech lat Bernanke podąża właśnie tą drogą — obniża stopy, przekonuje, że będą niskie, drukuje pieniądze, kupuje rozmaite papiery, zmienia kompozycję posiadanych aktywów. Niedawnym finałem tych działań jest operacja „Twist”. Nic dziwnego, że w internecie pojawiły się złośliwe komentarze, że teraz pozostaje już tylko „Shout”, skoro wszelkie argumenty na to, iż „nie kończy się amunicja”, zostały wyczerpane, czego Bernanke dowiódł w artykule z 2004 roku. Teraz pozostaje tylko strzelać ślepakami i iść dalej w stronę centralnego planowania oraz wyższej inflacji.

Na koniec

Opozycja przeciw działaniom banków centralnych zaczyna rosnąć w siłę nawet w „głównym nurcie” ekonomii. Trzech członków władz Rezerwy Federalnej nie poparło nowych interwencji. Wśród nich znalazł się Charles Plosser. W jednym z wywiadów dobrze oddał naturę obecnych problemów związanych z polityką pieniężną:

 

Myślę, że społeczeństwo i kreatorzy polityki w banku centralnym muszą zrozumieć i dostrzec pewne ograniczenia wiążące się z tym, co polityka pieniężna może, a czego nie. Musimy rozpoznać jej granice i nie oczekiwać od polityki pieniężnej zrobienia rzeczy, których nie potrafi. Sądzę, że rośnie przekonanie wewnątrz i poza bankiem centralnym, że kłopoty w gospodarce, z którymi mamy do czynienia, mają charakter strukturalny oraz że dostosowania, które muszą się pojawić w wyniku przeinwestowania w nieruchomości i inne rynki, są bolesne i realne.

 

 


[1] Bernanke, Ben S., i Vincent R. Reinhart 2004. „Conducting Monetary Policy at Very Low Short-Term Interest Rates”. American Economic Review, 94(2).

[2] Ibidem.

20:03, mateusz.machaj
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 września 2011

W ostatnim czasie byliśmy świadkami spektakularnego umocnienia się franka szwajcarskiego. Także w tym okresie pojawiły się stare opinie o tym, że aprecjacja krajowej waluty bywa zabójcza dla gospodarki ze względu na duszenie jej możliwości eksportowych. W momencie osłabienia się zagranicznych walut względem krajowej eksporterzy notują mniejsze przychody wyrażane w ich rodzimej walucie. To spostrzeżenie towarzyszy poglądowi, że osłabianie krajowej waluty jest dobrym sposobem na wzrost gospodarczy, ponieważ stymuluje sektor eksportowy. Tymczasem prawda jest zupełnie inna.

 

Długi okres i silny eksport

Przede wszystkim należy rozróżnić dwa odmienne typy aprecjacji: długookresową i krótkookresową. Krótkookresową można utożsamić z wahaniami wynikającymi z daleko idącej destabilizacji międzynarodowych rynków i wiążącą się z tym paniką, prowadzącą do ucieczki w jedną z walut (co powoduje jej aprecjację). Długookresowa natomiast odznacza się trwałym wzrostem siły danej waluty, widocznym w ciągu kilku i kilkudziesięciu lat.

Współcześni wyrafinowani merkantyliści nie są zwolennikami nakładania ceł i uderzania przez to w handel międzynarodowy, niemniej jednak sprzyjają pomysłom osłabiania waluty w celu stymulowania eksportu i osiągania dzięki temu przewagi konkurencyjnej. Tymczasem gdy przyjrzymy się długookresowo szczególnie interesującym przypadkom, dojdziemy do trochę innej konkluzji. Skupmy się na przykładzie Niemiec, Japonii i Szwajcarii. Wszystkie te kraje można uznać za odnoszące eksportowe sukcesy. Zbadajmy kursy ich walut, a za punkt odniesienia przyjmijmy amerykańskiego dolara, który po drugiej wojnie światowej powinien być uznany za jedną z mocniejszych walut. Cena marki niemieckiej wyrażona w dolarze kształtowała się w następujący sposób:

Źródło: Wikicommons.

 

Od momentu upłynnienia kursów walutowych w latach 70. niemiecka marka rozpoczęła długookresowy wzrost wobec dolara. Spotykamy się z dwoma znaczącymi wyjątkami od tej reguły — na początku lat 80. i w drugiej połowie lat 90. Te wyjątki łatwo zrozumieć w kontekście ówczesnej polityki gospodarczej USA. Na początku lat 80. znany inflacyjny jastrząb, Paul Volcker, przeprowadził prawie deflacyjną politykę pieniężną, monetarną dyscyplinę, która poskutkowała wzmocnieniem dolara. Z kolei druga połowa lat 90. to moment, gdy amerykański bank centralny podniósł stopy procentowe do poziomu 6% (ktoś pamięta jeszcze te czasy?) i utrzymywał je na wysokim poziomie do początku XXI wieku. Warto dodać, że prezydent Bill Clinton prowadził w tamtym czasie skromną jak na dzisiejsze standardy politykę fiskalną. Pomijając zamiatanie pod dywan problemów systemu socjalnego, należy podkreślić, że dzięki tymczasowemu zmniejszeniu wydatków militarnych udało się na moment wypracować formalnie nadwyżkę budżetową. Z tych dwóch powodów dolar okazał się w tamtym czasie silniejszy od marki[1].

Mimo tych dwóch epizodów należy uznać, że stan niemieckiej marki w drugiej połowie XX wieku na tle dolara był całkiem korzystny. Przyjrzyjmy się teraz kursowi japońskiego jena wyrażonego w dolarze od lat 70. (czyli upłynnienia kursów; wcześniej w systemie z Bretton Woods kurs był sztywny):

 

Podobnie jak w przypadku marki niemieckiej wyraźnie widzimy imponujący wzrost kursu jena wobec dolara. Analogicznie do tamtej waluty osłabianie się jena przypada na pierwszą połowę lat 80. i drugą połowę lat 90. (choć w mniejszym zakresie). Długookresowo jen japoński powinien być uznany za mocną walutę.

Pozostaje nam porównanie franka szwajcarskiego do dolara amerykańskiego od lat 70., choć możemy się domyślić, jak będzie wyglądał wykres:

Pierwsza połowa lat 80. i druga połowa lat 90. to okres, w którym dolar był silniejszy. Poza tym czasem notowano efektowny wzrost w długim okresie franka szwajcarskiego. Wszystkie trzy waluty można uznać za mocniejsze od amerykańskiego dolara; a przecież i samego dolara nie można uważać za słabą walutę. Gdybyśmy za standard przyjęli inną walutę, okazałoby się, że te waluty są jeszcze mocniejsze.

Jakie możemy wyciągnąć wnioski z długookresowych kursów jena, franka oraz marki niemieckiej? Okazuje się, że silna waluta wcale nie oznaczała śmierci sektora eksportowego w tych krajach. Wręcz przeciwnie, silna waluta współwystępowała z rozwijającym się sektorem eksportowym. Jak wytłumaczyć to zjawisko, skoro słaba waluta nominalnie zwiększa przychody eksporterów?

Otóż silna waluta w długim okresie oznacza makroekonomiczną stabilność. Świadczy o relatywnie niskiej inflacji, niskich stopach procentowych, a przez to o dostępie do monetarnego kapitału o dużej sile nabywczej. Oznacza również możliwość finansowania zagranicznym napływem kapitału. Sprzyja to także krajowej akumulacji i zwiększaniu oszczędności. Wreszcie należy pamiętać, że duża część importu kraju to import produkcyjny, surowców i technologii. Dzięki mocnej krajowej walucie wszyscy przedsiębiorcy w danym kraju (także eksporterzy) mogą w dużym zakresie korzystać z tanich dóbr produkcyjnych z zagranicy i produktywnie angażować się w międzynarodowy podział pracy.

Teza o tym, że w celu rozwinięcia sektora eksportowego kraj potrzebuje słabej lub dewaluowanej waluty, to jeden z najbardziej rozpowszechnionych sofizmatów ekonomicznych, który nie znajduje potwierdzenia ani w faktach, ani w logice ekonomii. Długookresowo kraj potrzebuje silnej waluty, aby się rozwijać. Jej osłabianie powoduje zwiększanie inflacji, makroekonomicznej niestabilności i przymusowe nakładanie kosztów na wszystkich obywateli w celu krótkookresowego stymulowania kilku eksportowych branży. W długim okresie ta polityka zaczyna jednak działać wbrew zamierzeniom i skutkuje pogorszeniem sytuacji produkcyjnej całego kraju[2].

 

Krótki okres i interwencja banku szwajcarskiego

Pozostaje nam do rozważenia kwestia interwencji na rynku walutowym, którą zdecydował się przeprowadzić szwajcarski bank centralny. Zauważmy, że długookresowo frank szwajcarski jest walutą, która się umacniała i która najprawdopodobniej będzie się umacniała (krótkookresowa, paroletnia bańka na rynkach wschodzących, w tym Polski, raczej tego nie zmieni). Nie to jednak przeszkodziło bankowi szwajcarskiemu. Chodzi raczej o napływ panikującego kapitału na rynku europejskim, który jest realokowany od europejskich aktywów i waluty euro do franka. W wyniku tego kurs został podbity w krótkim czasie do bardzo wysokiego poziomu. Oprócz stabilnej długookresowej aprecjacji, która jest dla franka naturalna, zauważyliśmy gwałtowną i lawinową aprecjację w krótkim okresie.

Szwajcarski bank zdecydował się zainterweniować, ponieważ nie widzi w tym napływie znaczących korzyści dla gospodarki i jednocześnie spekuluje, że ten napływ jest krótkotrwały, a w związku z tym można go zamortyzować odpowiednimi interwencjami.

Zwróćmy uwagę, że ta interwencja jest odmienna od przeprowadzanych w przeszłości w przypadku innych walut (np. w przypadku ataku George’a Sorosa na funta brytyjskiego). Kraj zazwyczaj stara się interweniować na rynku walutowym, gdy kurs krajowej waluty spada i gwałtownie się osłabia. Aby taki spadek zatrzymać, korzysta z posiadanych rezerw walutowych i zaczyna je sprzedawać. Oznacza to, że amunicja może się w pewnym momencie wyczerpać — ograniczeniem są rezerwy, których bank centralny drukować nie może (drukują je bowiem inne banki centralne — z tego powodu niedawno bank Islandii musiał skapitulować, ponieważ nie dostał europrezentów z banknotami od prezesa EBC, tak jak Irlandia czy Grecja).

Bank Szwajcarii interweniuje w drugą stronę — nie wypuszcza rezerw na rynek, aby zmniejszyć ich cenę, tylko je skupuje, tworząc przy tym nowe franki szwajcarskie. Wszystko po usztywnionym kursie 1,2 do euro (frank w przybliżeniu w cenie 83 eurocenty). Na rynku walutowym nie ma odważnych kupujących franki za więcej niż 83 eurocenty, skoro można iść do banku centralnego i dostać je właśnie za tę cenę. Problem polega jednak na tym, że bank szwajcarski musi swoje franki drukować. A to oznacza, że rośnie ilość podaży pieniądza w obiegu, co po jakimś czasie przełoży się na wzrost cen i zmniejszenie makroekonomicznej stabilności Szwajcarii.

Bank zapewne wychodzi z założenia, że ma bezpieczną exit strategy. Wydaje mu się, że napływ kapitału do franków nie jest „realnym” napływem. Zostanie on odwrócony, a nowe pieniądze bardzo szybko wyparują i nie trafią na rynek. W momencie gdy sytuacja się uspokoi i nastąpi poprawa, franki szwajcarskie będzie można ściągnąć z rynku, po prostu sprzedając te dodatkowe rezerwy walutowe (kupione po interwencyjnym kursie).

Z tym podejściem wiąże się jednak poważne ryzyko, ponieważ wbrew pozorom istnieje granica dla interwencji banku. Od teraz każdy napływ kapitału oznacza monetarną ekspansję i przyrost ilości pieniądza w obiegu. Oznacza to zatem jednocześnie bardzo inflacyjną politykę za każdym razem, gdy inwestorzy przerzucają się na franka. Granicą działań jest wobec tego krajowa inflacja, którą będzie gotów zaakceptować bank.

Kapitał napływał do franka również dlatego, że oczekiwano jego wzrostów. Spekulanci walutowi starali się na tym zrobić. Niemniej jednak pierwotna przyczyna była zupełnie inna — strefa euro się rozpada. Jest nie do utrzymania w obecnej formie. Musi nastąpić albo pełna integracja polityczna, na co się nie zanosi, albo bankructwo czy też wykluczenie krajów o wysokim ryzyku fiskalnym (takich jak Grecja)[3]. Dlatego nawet jeśli kurs euro wobec franka jest usztywniony, to odpływ kapitału nie zostanie zatrzymany. Zatrzymany jest jedynie dalszy wzrost kursu. Mimo to wielu nadal postrzega franka jako bezpieczną przystań, o którą warto zahaczyć, gdy strefa euro się rozsypuje.

Oznacza to, że przy ciągle napływającym kapitale bank Szwajcarii musi drukować więcej i więcej franków. Skutkiem tego bardziej rośnie potencjał inflacyjny. Chociaż tymi frankami obraca się głównie na rynku finansowym, złudne jest przekonanie, że nie trafią na rynek aktywów, rynek kapitałowy, a w końcu do jakiegoś przedsiębiorcy. Jaką bank ma gwarancję, że nowe franki trafią do szuflady i nie zostaną wydane? Nie ma żadnej. Część z tych franków jest wymieniania na aktywa (a nie trzymana w depozycie w banku centralnym Szwajcarii), w związku z czym franki trafiają na rynek i podnoszą ceny.

Jeśli w dodatku okaże się, że problemy euro nie są przejściowe, i dojdzie do nieprzewidywalnego rozpadu strefy, bank może się przekonać o tym, że trzyma w swoim bilansie śmieciową walutę (jeśli euro straci na wartości). Wtedy będzie musiał zaksięgować straty na swoich aktywach i prosić o rekapitalizację ze strony budżetu, a więc podatników. Zwłaszcza że część „udziałów” szwajcarskiego banku centralnego ma charakter komercyjny.

 

Konkluzja

Mocna waluta, w przypadku Szwajcarii — mocny frank, nie jest gospodarczym problemem. Dużo większy problem mają kraje, których waluta radykalnie się osłabia (choć tracą na tym wszyscy uczestnicy handlu). W długim okresie silna waluta zbudowała potęgi gospodarek Niemiec, Japonii czy Szwajcarii. Niedawna krótkookresowa interwencja szwajcarskiego banku centralnego jest ryzykownym zakładem na przekór rynkowi, który ma na celu przyniesienie tymczasowej ulgi cierpiącym eksporterom. Jednak zakład ten niesie ze sobą ryzyko dla całej szwajcarskiej gospodarki w postaci wyższej inflacji i kosztów przerzucanych na podatnika. W późniejszym okresie rodzi to także ryzyko dla samych eksporterów.

 

 


[1] Dodajmy, że w ten weekend minęła właśnie 10. rocznica zaprzestania tej amerykańskiej polityki. Właśnie od września 2001 roku rozpoczęło się amerykańskie szaleństwo fiskalne i pieniężne. Bank centralny obniżył stopy procentowe nominalnie do 1%, a realnie w pewnym momencie do poziomu ujemnego. Prezydent George Bush rozpoczął jednocześnie serię wojen, które obok prywatnej ekspansji kredytu przyczyniły się do ogromnego wzrostu zadłużenia amerykańskiego systemu finansów publicznych. Bin Laden dokonał nie tylko zamachu terrorystycznego, lecz doprowadził także do zamachu na całą amerykańską gospodarkę, ponieważ pośrednio pomógł powrócić na wokandę keynesowskim prestidigitatorom (również tym rozprawiającym o rzekomych gospodarczych błogosławieństwach wojny, ataków kosmitów i terrorystów).

[2] Jeden z komentatorów zwrócił uwagę, że w tym artykule wskazuję na „nominalny” kurs walutowy, a nie „efektywny kurs realny”. W istocie – rozważamy bowiem rynkowy kurs walutowy determinowany przepływami kapitałowymi, które z kolei między innymi zależą od krajowych polityk pieniężnych o inflacyjnym charakterze. Ponadto bronimy tezy, że wysoki nominalny kurs jest oznaką długookresowej siły gospodarczej danego kraju.

[3] W tym miejscu warto zauważyć, że – jak podaje Bloomberg – pomimo działań zaklinaczy płynności spod znaku Brukseli i Frankfurtu rynek wycenia prawdopodobieństwo bankructwa Grecji na 91%. W dodatku – co umknęło większości mediów w Polsce – niemiecki Trybunał Konstytucyjny, ogłosiwszy, że programy pomocowe dla innych krajów są zgodne z konstytucją, orzekł jednocześnie i w zasadzie jednoznacznie, że euroobligacje będą jej złamaniem. W związku z tym pełna polityczna integracja suwerennych krajów UE stoi pod dużym znakiem zapytania.

czwartek, 14 lipca 2011



Déjà vu

Osoby odpowiedzialne za redagowanie komunikatów europejskich władz i instytucji mają ostatnio teoretycznie sporo do roboty. „Sporo”, ponieważ co chwilę pojawiają się oficjalne ważne notyfikacje z ich strony, a „teoretycznie”, ponieważ właściwie są to takie same komunikaty już od kilkunastu miesięcy. W zasadzie praca odpowiadających za komunikację ze społeczeństwem ogranicza się do korzystania ze skrótów klawiszowych: ctrl + c i ctrl + v. Kiedy wybucha kryzys, instytucje obarczają nim wredne agencje ratingowe, które są udręką. Kłopoty nie znikają, więc trzeba uderzyć w niedobrych shortsellerów, chcących zarabiać na spadkach. To też nie pomaga, należy zatem zrobić spotkanie i ogłosić plan pomocowy. Tak było w przypadku Grecji; teraz problemy dotyczą Portugalii i Włoch, które małym krajem nie są. W towarzystwie zagrożonych znajduje się jeszcze Irlandia, w przypadku której stopy procentowe na emitowany dług znacząco wzrosły.

Spiskowe teorie przedostają się na salony, gdy José Manuel Barroso wyraża zdziwienie, że agencje ratingowe są jakoś mało „europejskie”. Włoski regulator rynku wprowadza ograniczenia na krótką sprzedaż, a Europejski Bank Centralny szykuje się do druku kolejnych pieniędzy na pomoc upadającym instytucjom. Brzmi znajomo? Owszem, z tym samym mieliśmy do czynienia rok temu.

Spójrzmy chociażby na niedawny komunikat Europejskiego Banku Centralnego dotyczący przypadku portugalskiego:

Rada Prezesów Europejskiego Banku Centralnego (EBC) podjęła decyzję o zawieszeniu stosowania minimalnego progu ratingowego w przypadku wymagania zabezpieczeń dla celów operacji kredytowych Eurosystemu, dotyczących rynkowych instrumentów dłużnych wyemitowanych lub gwarantowanych przez rząd portugalski. Zawieszenie to zostanie utrzymane aż do odwołania.

Inaczej mówiąc, Europejski Bank Centralny ogłasza, że przestaje brać pod uwagę to, że portugalski dług zaczyna być traktowany jak toksyczne aktywo. Zamierza je traktować jako dobre zabezpieczenie i udzielać pod jego zastaw pożyczek z nowo wykreowanych pieniędzy.

Zwróćmy też uwagę, jak radykalnie różnie bywają traktowane agencje ratingowe. W trakcie kryzysu oskarża się je, że nazbyt optymistycznie oceniały zdolności kredytowe, a następnie ma się pretensje dotyczące ich rzekomej „szujowatości” (używając słów Piotra Kuczyńskiego), tego, że obniżają rating dla rządów, które zaczynają mieć kłopoty ze spłatą długu. Dalej EBC uzasadnia swoje łagodne podejście do instrumentów portugalskich, pokładając głęboką wiarę w rządzących i ich pomysły:

Portugalski rząd zatwierdził gospodarczy i finansowy program dostosowawczy, który został wynegocjowany z Komisją Europejską we współpracy z EBC i Międzynarodowym Funduszem Walutowym. Rada Prezesów oceniła program i uznała go za właściwy. Te pozytywne oceny i silne zaangażowanie rządu portugalskiego do pełnego wdrożenia programu, także z punktu widzenia zarządzania ryzykiem, są podstawą do niniejszego ogłoszenia o zawieszeniu.

Zawieszenie dotyczy wszystkich zaległych i nowych rynkowych instrumentów dłużnych wyemitowanych lub gwarantowanych przez rząd Portugalii.

EBC chciałby uspokoić rynki, domaga się od społeczeństwa zaufania i odrobiny pozytywnego myślenia.

A teraz cofnijmy się w czasie do maja 2010 r. i przyjrzyjmy się ówczesnemu komunikatowi w sprawie instrumentów dłużnych rządu greckiego:

Rada Prezesów Europejskiego Banku Centralnego (EBC) podjęła decyzję o zawieszeniu stosowania minimalnego progu ratingowego w przypadku wymagania zabezpieczeń dla celów operacji kredytowych Eurosystemu, dotyczących rynkowych instrumentów dłużnych wyemitowanych lub gwarantowanych przez rząd grecki. Zawieszenie to zostanie utrzymane aż do odwołania.

Grecki rząd zatwierdził gospodarczy i finansowy program dostosowawczy, który został wynegocjowany z Komisją Europejską we współpracy z EBC i Międzynarodowym Funduszem Walutowym. Rada Prezesów oceniła program i uznała go za właściwy. Te pozytywne oceny i silne zaangażowanie rządu greckiego do pełnego wdrożenia programu, także z punktu widzenia zarządzania ryzykiem, są podstawą do niniejszego ogłoszenia o zawieszeniu.

Zawieszenie dotyczy wszystkich zaległych i nowych rynkowych instrumentów dłużnych wyemitowanych lub gwarantowanych przez rząd Grecji.

To nie żart ani żaden podstęp. Komunikat jest praktycznie taki sam, w odpowiednich miejscach zmieniono tylko „Grecję” na „Portugalię”. EBC porzuca stosowanie sensownych ratingów na portugalski dług publiczny, tak samo jak uczynił to w przypadku długu greckiego. Co więcej, stosuje dokładnie takie samo uzasadnienie — proszę się nie martwić, mamy pouzgadniane plany z Międzynarodowym Funduszem Walutowym i Komisją Europejską. Jak się skończyły „reformy” greckie sprzed roku, wszyscy widzieliśmy. Gdybym miał prognozować przyszłość na podstawie nieodległej przeszłości i zaskakującej powtarzalności zachowania władz europejskich, przewidywałbym, że EBC wkrótce zacznie skupować bezpośrednio obligacje Portugalii i drukować pieniądze na pokrycie ich deficytu; tak jak to się stało w przypadku Grecji. Następne w kolejce do EBC będą Włochy. Wiadomo, że sytuacja jest naprawdę poważna, skoro zauważają to nawet przedstawiciele władz — na przykład minister finansów Holandii stwierdził, że nie wyklucza możliwości ogłoszenia bankructwa Grecji.

Prawdziwe źródło problemu

Tak jak w przypadku kryzysu amerykańskiego zawiodły władze amerykańskie, tak władze europejskie nie rozpoznały źródła zaistniałych problemów w Europie. Kłopoty USA wynikały ze złego otoczenia instytucjonalnego, błędnej struktury bankowej i niskich stóp procentowych. W momencie pojawienia się kryzysu to złe otoczenie i strukturę utrwalono, a stopy jeszcze bardziej obniżono. Skutek był oczywisty — problemy trwają dalej, a Stany walczą z wysokim bezrobociem i zadłużeniem.

Podobne kłopoty europejskie wynikały z tego, że po utworzeniu strefy euro zaczęto drukować pieniądz dla wszystkich krajów w tej strefie. Zamiast wprowadzić wspólną walutę, która byłaby zabezpieczona rzadkim towarem bez możliwości kreacji, utrwalono błędne schematy kreowania pustego pieniądza. Mniej odpowiedzialne państwa mogły sobie pozwolić na rozrzutność kosztem pozostałych krajów i zadłużać się po niskich stopach. Dlaczego tak się działo? Ponieważ Europejski Bank Centralny akceptuje obligacje strefy euro jako zabezpieczenie dla udzielanych przez siebie pożyczek.

Dzisiejsza maszyneria króla Midasa działa tak: rząd nie może drukować pieniędzy bezpośrednio, więc musi korzystać z pomocy banku centralnego. Ten w zasadzie też nie może drukować bezpośrednio dla rządu, konieczne jest zatem skorzystanie z pośrednika — banków komercyjnych. Wobec tego rząd emituje obligacje na pokrycie deficytu. Obligacje są kupowane przez prywatne banki, które potem używają ich do otrzymania wydrukowanych pieniędzy od banku centralnego. Rząd nie martwi się specjalnie długiem, ponieważ na jego pokrycie wyemituje kolejny dług. Banki komercyjne chętnie go kupią, znowu bowiem użyją go jako zabezpieczenia w banku centralnym. W ten sposób są tworzone nowe pieniądze, które z jednej strony ułatwiają rządowi tanie zadłużanie się (dzięki czemu nie trzeba się martwić ogólnym zadłużeniem, a „tylko” odsetkami), a z drugiej dają monopol kredytowy bankom komercyjnym do korzystania z kreacji pieniądza.

W przypadku jednego kraju z suwerenną polityką fiskalną i niezależnym bankiem centralnym taki mechanizm redystrybucji jest trwały, a zagrożeniem dla niego jest ucieczka zagranicznych inwestorów od krajowej waluty (dlatego Japonia, zadłużając się na ponad 200% PKB, ale u swoich obywateli, nie ma takich kłopotów jak Grecja). Inaczej się dzieje w przypadku gdy krajowej waluty nie ma, a kraj z suwerenną polityką fiskalną jest wpuszczony do drukarskiego klubu. Wtedy pojawia się zjawisko tragedii wspólnego pastwiska, zjawisko tragedii euro. Maszyna króla Midasa dopóty obciąża nie tylko obywateli danego kraju na rzecz rządu, lecz także obywateli innych krajów, dopóki bank centralny jest gotów brać udział w tym procederze (pod tym względem dla Grecji byłoby lepiej, gdyby nie miała drachmy, lecz europejską walutę, ale bez instytucjonalnego wejścia do strefy euro).

Prawdy o fatalnej kondycji finansów publicznych nie da się jednak zatajać w nieskończoność. Pytanie kluczowe brzmi, jak długo EBC jest w stanie pozwalać na ciągłą redystrybucję na rzecz słabych krajów (by nie dopuścić do upadku projektu wspólnej waluty). W momencie gdy rynek zaczął coraz bardziej dyskontować śmieciowe papiery rządowe (na przykład greckie w stosunku do niemieckich), EBC postanowił traktować te obligacje specjalnie i zniósł rolę ich ratingu w swoich operacjach otwartego rynku (w których EBC udziela pożyczek prywatnym bankom pod zastaw długu publicznego różnych państw). Gdy to nie pomogło, postanowił drukować pieniądze i kupować bezpośrednio grecki dług. Wygląda na to, że redystrybucja w najbliższym czasie nie ustanie.

Skutki takiej polityki można niezwykle łatwo przewidzieć. W trakcie kryzysu rząd grecki zaczął gwarantować transakcje na rynku międzybankowym. Jak powtarza się ludziom, kryzys bankowy to podobno koniec świata i powrót do mieszkania w szałasach (tak jak w Islandii). Wobec tego banki greckie same zaczęły sobie emitować papiery wartościowe. W ten sposób wyemitowały dla siebie nawzajem całkowicie puste papiery na kilkadziesiąt miliardów euro. W normalnych warunkach uznano by je zapewne za śmieci, ale ponieważ grecki rynek międzybankowy otrzymał gwarancje rządowe, banki mogły użyć tych śmieci jako „zabezpieczenia” pożyczek otrzymywanych dodatkowo przez EBC. W ten sposób EBC zaangażował się na wszystkich frontach w dotowanie błędnych inwestycji. Stwarza to bodziec nie tylko do tego, by nie unikać takiego inwestowania, ale wprost skłania do dalszego nieodpowiedzialnego postępowania. Po co prywatny bank ma czyścić swoje księgi, skoro EBC dumnie weźmie na siebie straty? Opłaca się wręcz wymyślać kolejne instrumenty, które pozwolą na podrzucanie finansowych odpadów.

Wykupywanie błędnych inwestycji nie sprawia, że stają się one dobrymi inwestycjami. Sprawia, że następuje proces redystrybucji i ktoś zaczyna przerzucać straty na innych. Ta prosta lekcja ekonomii nie zostanie przesłonięta przez zagmatwane operacje finansowe i wiarę w to, że problemy same znikną. EBC wystawił się na ryzyko i pogorszył jakość przyjmowanych przez siebie aktywów greckich. Nie inaczej jest w przypadku programów pomocowych i nadzwyczajnych operacji płynnościowych dla Irlandii i Portugalii. Wszystko wskazuje na to, że EBC będzie dalej brnął w dotowanie bankrutów — na przekór rynkom, na przekór agencjom ratingowym i na przekór shortsellerom.

Prawdziwe źródło problemu tkwi w tym, że rządy zadłużają się, a banki centralne im na to pozwalają.

 

[Po nadesłaniu tekstu do redakcji mises.pl, gdzie tekst ukazał się pierwotnie, agencje ratingowe obniżyły rating irlandzki do poziomu portugalskiego.]

 

 

czwartek, 26 maja 2011

Od czasu kryzysu w 2008 r. wykształcił się nowy zwyczaj — szczególnie w kręgach władzy — na strzelanie do posłańców. Świetnym tego przykładem był unijny atak na „short-sellerów”, którzy jakiś czas temu uparli się, żeby atakować rynek greckich obligacji. Unijna sugestia była taka, że inwestorzy obstawiający kłopoty greckich finansów publicznych sami te kłopoty wywołują. W wyniku spadku cen obligacji zadłużanie się jest droższe, a przez to Grecja zaczyna mieć problem z „rolowaniem długu”. Co więcej, niektórzy nawet sugerowali, że z Grecją jest wszystko w porządku, a spekulacyjne ataki na rynek greckich obligacji to konspiracyjna robota „City”, londyńskiego albo nowojorskiego, które uparło się, aby za wszelką cenę zniweczyć utopijny plan utrzymania europejskiej strefy walutowej.

W tej atmosferze ograniczono spekulacyjną grę na spadek wartości obligacji rządowych, sugerując, że oto nadszedł koniec kłopotów, a przygotowany plan pomocy dla Grecji uratuje ten kraj przed krytyczną sytuacją. W rzeczywistości twórcy tego prawa zdawali sobie sprawę, że kupują tylko trochę czasu i kneblują usta posłańcowi. Za jakiś czas problemy miały powrócić; dzisiaj widzimy, że stopy zwrotu na obligacje greckie wynoszą ponad 20%. Są denominowane w euro — czyż to nie kusząca inwestycja?

Nie wszyscy przedstawiciele ze sfery polityki widzieli te problemy. Część z nich to przedstawiciele nowoczesnej ideologii „szampańskiego socjalizmu”. Szampańscy socjaliści to wrażliwcy społeczni, którzy akceptują podstawowe zasady działania gospodarki rynkowej, ale uważają, że konieczny jest rozrośnięty rząd konsumujący połowę zasobów gospodarki na cele etatystyczne. Ta konsumpcja odbywa się przy użyciu niebezpiecznej obusiecznej broni — inflacji długu i pieniądza — która nie pozwoliła na razie odnieść wielkiego sukcesu gospodarczego. Szampańscy socjaliści mają również to do siebie, że lubią być u władzy i korzystać z dobrodziejstw dużej kasy, latać pierwszą klasą, pijąc szampana, i nocować w hotelu za 3000 dolarów. W sumie dlaczego mają sobie odmawiać, skoro pieniądze nie są ich? Gdyby je rozdać najbiedniejszym, niewiele by zostało. Nawet wielki Karol Marks przejadał i przepijał masę pieniędzy (jego rzekome życie w biedzie to słynny socjalistyczny mit). Otoczeni atrybutami władzy i pieniędzmi zabieranymi innym ludziom pokładają głęboką wiarę w urzeczywistniane przez siebie plany. Kiedy jednak zostaną wreszcie skonfrontowani z niemożliwością swoich mrzonek, nie chcą o tym słyszeć.

Jednak szampański socjalizm już szykuje kolejny atak. Tym razem celem mają się stać agencje ratingowe, które odgrywają niebagatelną rolę na rynku finansowym — ich ratingi są brane pod uwagę przez regulatorów. Na przykład Europejski Bank Centralny (EBC) zobowiązuje się, że nie będzie brał pod zastaw swoich operacji „papierów śmieciowych”, czyli takich, które mają wystawioną niską ocenę przez agencje ratingowe. Jeśli jakieś papiery zaczynają mieć coraz niższy rating, to bank teoretycznie powinien żądać innego zabezpieczenia. W przypadku obligacji greckich tak się nie stało i EBC zaczął oficjalnie łamać swoje obietnice w myśl zasady, że skoro on jest największym graczem na rynku międzybankowym, to i on decyduje o tym, kto tu jest wypłacalny, a kto nie.

Wprawdzie EBC może sobie na to pozwolić, ale mniejsze rządy już niekoniecznie. I tak na przykład obniżenie ratingu wykonanego przez agencje może mieć wpływ na to, czy dany rząd jest w stanie taniej zaciągać dług na rynku finansowym, czy drożej. Dlatego ideolodzy szampańskiego socjalizmu znaleźli sobie kolejnego kozła ofiarnego, który przyczynia się do tworzenia problemów w finansach publicznych.

 

Przeszłość agencji ratingowych

Kiedyś agencje ratingowe działały zupełnie inaczej niż dzisiaj. Wynikało to z różnych czynników, o których wadze można dyskutować. Funkcjonowały w innej erze technologicznej, jak również instytucjonalnej. Kwestią sporną jest, co zdecydowało o ich ewolucji. Przed pierwszą wojną światową, w czasach, kiedy powstały agencje ratingowe, nie było Internetu ani możliwości łatwego powielania informacji. Jednak również banki odgrywały mniejszą rolę w procesach inwestycyjnych — te były w większym niż dzisiaj stopniu finansowane prywatnymi oszczędnościami odłożonymi przez bogatych kapitalistów.

W owych czasach rating był zorientowany przede wszystkim na oszczędzającego. Posiadacze prywatnego oszczędzonego kapitału byli pokaźną siłą na rynku i jako oszczędzający mieli coś do powiedzenia. To właśnie oni jako inwestorzy zainteresowani rozważnym gospodarowaniem kupowali informacje o bezpieczeństwie instrumentów emitowanych przez kapitałobiorców.

Natomiast na współczesnym rynku za ratingi płaci kapitałobiorca. Od zamierzchłych czasów zmieniły się trzy ważne rzeczy. Pierwsza, technologiczna — informacja stała się znacznie tańsza, w związku z czym owe ratingi można by łatwo rozpowszechniać za darmo. To jest powód, jaki nieraz podaje się jako główny w uzasadnieniu, dlaczego za ratingi zazwyczaj nie płaci już kapitałodawca — ponieważ informacja łatwo by się rozeszła i każdy kapitałodawca miałby ją za darmo. Zapomina się jednak o dwóch innych ważnych zmianach, które miały na to wpływ i mogły mieć wpływ decydujący.

Po pierwsze, całkowitej transformacji uległ system pieniężny (co wcale nie poskutkowało większym wzrostem gospodarczym). Obecnie prywatnie oszczędzający kapitał zostali wypchnięci z rynku inwestycyjnego, wprowadzono natomiast współczesny debt-driven system. W porównaniu z początkiem XX wieku wszelkie projekty gospodarcze w dużo większej mierze są finansowane długiem. Nastąpiła „schumpeteryzacja” rynku kapitału — dużą rolę odgrywają banki, które w otoczeniu państwowego pieniądza emitowanego przez banki centralne stały się głównymi decydentami w sprawach, jakie inwestycje podejmować. W pełni zgrywa się to z radykalnymi zmianami na rynku agencji ratingowych — wszak ten rynek, podobnie jak inne, dostosowuje się do potrzeb klienta — głównego klienta.

Po drugie, najważniejszy na rynku finansowy regulator — amerykańska Komisja Papierów Wartościowych i Giełd (SEC), stworzyła w latach siedemdziesiątych kartel agencji ratingowych. Wśród nich (niedawno został powiększony) znajdują się słynne trzy: Standard and Poor’s, Fitch, Moody’s. Ten utworzony i regulowany przez SEC kartel doprowadził do oligopolizacji rynku agencji ratingowych, a ich decyzje stały się wiążące dla władz państwowych. W rezultacie powstał bardzo silny bodziec do tego, aby system utwierdził się w modelu „kapitałobiorca płaci”, ponieważ kapitałobiorca, kupując rating, zostawał zatwierdzony jako bezpieczny w istniejącym otoczeniu regulacyjnym (wykształciło się coś na kształt koncesjonowania). Agencje ratingowe z radością dostosowały się do tego schematu.

 

Agencje ratingowe i kryzys w 2008 r.

Bez wątpienia agencje odegrały swoją rolę w kryzysie w 2008 r. Instrumenty finansowe, które emitowały bankowe „spółki specjalnego przeznaczenia”, ryzykowne i oparte na rynku nieruchomości, otrzymały od tych agencji niespodziewanie wysokie oceny. Dzięki temu bankom opłacało się emitować dodatkowe kredyty hipoteczne, które potem w postaci papierów wartościowych (wysoko ocenionych przez agencje ratingowe) mogły przekazać specjalnie do tego utworzonym spółkom. Wszystko to odbyło się pod nadzorem i kontrolą urzędów. Tak zwane reguły bazylejskie wręcz nakazywały bankom takie zachowanie, jeśli te chciały osiągać dodatkowe zyski z ekspansji taniego pieniądza. Zasadne jest wobec tego twierdzenie, że kryzys nie został spowodowany „deregulacją”, a raczej wadliwą regulacją. Był to rezultat kombinacji różnych regulacji, z których każda miała swój wpływ. System państwowego pieniądza umożliwił społeczną eksternalizację kosztów, bank centralny otworzył kurek z tanim kredytem i niskimi stopami procentowymi, a agendy regulacyjne stworzyły jeden kontrolowany bezpiecznik, który miał ochronić rynek przed nadmiernym nagromadzeniem ryzyka. Okazało się, że bezpiecznik nie jest najlepszy, a wszystkich zmuszono do podpięcia się pod niego.

W procederze tym nietrudno zauważyć pewną pokusę nadużycia. Emitujący papiery dłużne płacą za ich oceny, które są wystawiane przez agencje ratingowe. Dostarcza to niewątpliwie bodźca do korupcji. Im wyższą ocenę wystawi agencja, tym wyżej będzie ceniony emitent instrumentu, tym więcej będzie mógł zapłacić za ocenę. Do pewnego stopnia mogło to odgrywać rolę. Oczywiście, ta wersja będzie odpowiadała niektórym zwolennikom teorii skrupulatnie zaplanowanego spisku, ale rynek agencji ratingowych naprawdę nie wygląda tak, że za ich murami siedzi za biurkiem armia przekupnych urzędników, którzy kontaktują się z bankami i licytują stawkę za dobre oceny śmieciowych papierów.

Można nawet przewrotnie powiedzieć, że ocena tych instrumentów inwestycyjnych wcale nie była nietrafiona, jeśli uwzględni się to, że rząd nie dopuści do ich upadku i będzie się starał ratować je za wszelką cenę, uruchamiając przy tym wszelkie programy pomocowe. Joseph Stiglitz w 2002 r. twierdził, że Fannie Mae i Freddy Mac to świetne i bezpieczne projekty inwestycyjne, ponieważ mają doskonały model zarządzania portfelem. Szansa na ich bankructwo jest praktycznie znikoma. A nawet jeśli pojawią się kłopoty, to rząd zapewne będzie interweniował, gdyż rozmiar ewentualnego kryzysu byłby ogromny. Skoro Stiglitz wyszedł z podobnego założenia, równie dobrze mogli tak postąpić ekonomiści w agencjach ratingowych. Wszak całego kryzysu nie da się wyjaśnić wszechobecnym spiskiem i złą wolą. Musi się z nim wiązać jakaś rozpowszechniona ignorancja, szczególnie jeśli sprzyja temu państwowa instytucja. A tak się dzieje w przypadku jednolitych przepisów regulacyjnych narzucanych siłą przez państwowy urząd.

 

Alternatywa dla obecnego systemu agencji ratingowych

W świetle tego, o czym była mowa, agencje ratingowe nie są problemem. Problem leży raczej gdzie indziej. W pewnym sensie to bardzo dobrze, że na obecnym etatystycznym rynku pieniężno-kapitałowym istnieją takie niezależne instytucje quasi-władzy, które chociaż teoretycznie mogą wywierać niezależny wpływ na aparat rządowy. Przykładem może być niedawna groźba obniżenia ratingu rządu amerykańskiego przez Standard and Poor’s. Uzasadnieniem tego są przeogromne programy pomocowe i brak planu wyjścia z rosnącej spirali długu publicznego. USA, poza przypadkiem z 1933 r., zawsze spłacały swoje publiczne zobowiązania, jednak tym razem sprawa nie jest przesądzona. Mimo to wydaje się, że dług będzie spłacony chociażby za cenę wyższej inflacji i słabej pozycji dolara na rynku międzynarodowym (co też jest wskazówką dla zagranicznych inwestorów). Zmiana perspektywy ratingu ma jednak na celu wywołanie pewnego nacisku na rząd USA, by zmieniono politykę.

Jeśli chodzi o reformę rynku agencji, na pewno korzystne byłoby zlikwidowanie oficjalnego bezpiecznika, który zatwierdza SEC. Żadna agencja ratingowa nie powinna dostawać specjalnego przywileju ze strony państwa jako ta właściwa i „rozpoznana” (kartel stworzony przez SEC tak się nazywa, Nationally Recognized Statistical Rating Organization). W przeciwnym wypadku będzie to prowadzić do zwiększania „systemowego ryzyka”. Rządy nie wyznaczają jednego obowiązującego modelu biznesowego — firmy ze sobą konkurują; analogicznie powinno być w przypadku agencji ratingowych — oczywiście, jeśli celem jest stworzenie rzeczywistego i adekwatnego rynku informacji o ryzyku inwestycyjnym.

Niestety, pojawiające się obecnie propozycje zmian wskazują raczej na zacieśnienie regulacyjne. Ich autorzy żywią głęboką nadzieję i wierzą w to, że dzięki regulacjom można oczyścić życie człowieka z niepewności i stworzyć katalog przewidywalnych zachowań. Najwyraźniej regulatorzy rynków za jakiś czas będą się musieli ponownie przekonać o tym, że nie są w stanie zaprojektować idealnego rynku i jak zgubna bywa planistyczna pycha rozumu. Zamiast bowiem nieskutecznie walczyć z niepewnością i nieprzewidywalnością działań ludzkich za pomocą administrowania i raportowania, lepiej walczyć ze złymi instytucjami, powodującymi, że za igranie z niepewnością płaci społeczeństwo.

Głębsze zmiany, które całkowicie zreorganizowałyby ten rynek, musiałyby objąć reformę pieniężną. Na nią na razie się nie zanosi. Gdyby jednak zredukować rolę długu i banków na rzecz prywatnie oszczędzających, mogłoby się okazać, że model „kapitałodawca płaci” znów zacząłby obowiązywać. Istnienie Internetu wcale nie musi go wykluczać. O tym przekonalibyśmy się jednak dopiero w przypadku wprowadzenia wolnego rynku pieniądza i konkurencji na rynku finansowym. Ratingi nie są kolejnym „dobrem publicznym”, gdyż jest w stanie je wyprodukować konkurencyjny rynek.



poniedziałek, 14 marca 2011

“I have altered the deal. Pray I don’t alter it any further”

Ponad 10 lat temu wprowadzono w Polsce reformę, która trochę zmieniła system emerytalny. Zazwyczaj przedstawia się wizję, że była to wielka reforma, która doprowadziła do minirewolucji. Ta tradycyjna opowieść sugeruje, że obecnie doszło do kontrrewolucji i odwrócenia wspaniałych zmian, których doświadczyło polskie społeczeństwo. Jak można było cofnąć jeden z największych sukcesów, pytają niektórzy komentatorzy. Premier Jerzy Buzek doprowadził do sytuacji, w której „nasze oszczędności” pracowały na nas, a premier Donald Tusk ten nowy ład zaburza i zmierza ku temu, że nasze oszczędności przejmie jednak ZUS.

Tymczasem wydaje się, że jest to perspektywa chybiona. Ponad 10 lat temu przeprowadzono pewną niewielką reformę. Co więcej, ta „reforma”, czy może raczej mała zmiana, wcale się nie skończyła, a obecny bieg spraw jest jej naturalnym następstwem. Krótko mówiąc, wbrew powszechnym sugestiom wcześniejsza reforma nie była wielkim sukcesem, a obecna zmiana nie jest porażką. Reforma od samego początku była przegraną, która prowadziła nas do obecnej sytuacji. Po przeprowadzeniu reformy w 1999 roku wprowadzenie obecnej zmiany było tylko kwestią czasu, tak jak nieuchronne jest bankructwo całego systemu emerytalnego, jeśli nie dojdzie do wprowadzenia dobrej i radykalnej reformy.

Zusowe — czyli co było nie tak z ZUS-em

Przyjrzymy się funkcjonowaniu samego Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. W najbliższych latach ZUS ogłosi bankructwo lub — jeśli ktoś woli inne określenie — przeprowadzenie „koniecznej reformy” polegającej na wydłużaniu wieku emerytalnego ponad średnią długość życia obywateli, lub radykalne obniżenie świadczeń. Tak czy inaczej, złożone obietnice i rzekome zobowiązania do zapewnienia bezpieczeństwa wbrew socjalistycznym nadziejom pokładanym we wszechmocy państwa zostaną złamane. Konieczność tych reform wynika — o, ironio! — z sukcesów kapitalizmu i z tego, że ludzie żyją dłużej. Niestety, zamiast decydować o swoim bogactwie i zabezpieczać swoją przyszłość przed przejściem na emeryturę, obywatel jest zmuszany do wrzucania pieniędzy w finansową pustkę nazywaną ZUS-em. Za jakiś czas wypłacanie emerytury będzie zależało od tego, ile osób w przyszłości zostanie zmuszonych do wpłacania pieniędzy do systemu finansów publicznych. Na tym polega „inwestowanie” pieniędzy przez ZUS — „inwestowanie” w bieżącą konsumpcję.

Niektórzy w ferworze dyskusji stwierdzają, że ZUS nie prowadzi indywidualnych kont i wszystko jest „wrzucane do jednego worka”. Nie jest to do końca prawda, a na pewno jest to poważna nieścisłość. Indywidualne konta są tam prowadzone, składki się rejestruje i księguje, wiadomo, ile ludzie odkładają na emeryturę — i na tej podstawie państwowy monopolista ma podobno w przyszłości wypłacać świadczenia. „Podobno”, ponieważ wypłacanie emerytur zależy od tego, jakie środki wpłyną w przyszłości z przymusowych składek i dotacji z budżetu do ZUS-u, czyli od tego, jak duże będą w przyszłości podatki i składki. Wracamy do punktu wyjścia — płacenie „zusowego” oznacza „inwestowanie” w finanse publiczne, czyli przesuwanie pieniędzy na wydatki państwowe z wiarą w to, że kiedyś państwo będzie miało środki, żeby na tej emeryturze skapnęło człowiekowi trochę grosza.

Już na pierwszy rzut oka widać, że jest to „inwestycja” wątpliwa. Elementarna logika ekonomii mówi, że istnieje jeden prosty sposób na zracjonalizowanie inwestycji i odrzucenie ich „wątpliwego” charakteru — udobrowolnienie. Sławetna suwerenność konsumenta jest niezawodnym sposobem na to, aby z góry błędne inwestycje były omijane przez klientów i aby była wywierana presja na ich racjonalność.

Zusofe — czyli co dalej było nie tak z systemem emerytalnym

Rząd Jerzego Buzka wprowadził w Polsce reformę emerytalną. Część z pobieranej składki na ZUS, a dokładnie 7,3%, miała teraz zostać przekazana w ręce bardzo mocno regulowanych instytucji na rynku finansowym, które miały „zarządzać” portfelem przyszłego emeryta. Stąd składka przestała być zusowym i zmieniła się w zusofe. Otwarte Fundusze Emerytalne mogły się już dzielić rentą z państwowego przymusu, ponieważ źródło wątpliwego charakteru inwestycji nie zostało usunięte — składki dalej były przymusowe. W rezultacie część środków, które do tej pory wydawało państwo, została przeniesiona na rynek kapitałowy.

Przypomnijmy sedno problemu z systemem ZUS-u: ludzie nie oszczędzają pieniędzy indywidualnie, lecz przymusowo się je im zabiera i zapisuje na koncie, które istnieje na papierze. Na papierze, ponieważ rzeczywista wartość przyszłych wypłat zależy od tego, ile osób obejmie obowiązek płacenia danin publicznych.

A teraz przyjrzyjmy się systemowi po reformie, w wyniku której wprowadzono Otwarte Fundusze Emerytalne. Bliższy ogląd sprawy prowadzi niestety do pesymistycznej konkluzji, że OFE w istocie nie różni się wyraźnie od ZUS-u. Rzeczywiście, indywidualne składki są przypisane do określonego obywatela — tak samo jest w ZUS-ie. Ważne jest natomiast to, co dzieje się potem z tymi pieniędzmi w istniejącym przymusowym finansowaniu. W przypadku OFE inwestowanie środków jest ściśle regulowane przez ustawę. Większość tych środków ma być inwestowana w obligacje skarbowe, a pozostała część na polskim rynku kapitałowym. Wypłaty emerytalne są i tak gwarantowane przez państwo. Sposób inwestowania tych pieniędzy również jest określany przez państwo. To, jak będą wypłacane przyszłe emerytury, jest określane przez państwo. Inwestowanie za granicą jest w zasadzie niemożliwe, a dziedziczenie zgromadzonego kapitału jest mocno ograniczone, co w świetle opowieści o „naszych oszczędnościach pracujących na nas” zakrawa na gospodarczy żart. Dlaczego nikt o tym nie pomyślał przed wprowadzeniem reformy?

W świetle powyższego reforma emerytalna stworzyła kartel kilkunastu prywatnych instytucji, które pobierają część pieniędzy z przymusowego systemu emerytalnego, pobierają wysokie opłaty za zarządzanie i na początku XXI wieku przyczyniły się trochę do powstania boomu giełdowego. Musiało być zatem jasne, że w razie kłopotów finansowych państwo polskie wyprosi te instytucje z owego kartelu nakładającego przymusowe kontrybucje na obywateli. A ponieważ w obecnym systemie etatystycznym problemy budżetowe były nieuniknione, nieunikniony był również moment, w którym państwo przestanie się dzielić rentą monopolistyczną z prywaciarzami.

Działanie kartelu Otwartych Funduszy Emerytalnych prowadzi do tego, że nie wyeliminowano podstawowego problemu piramidy finansowej ZUS-u: pieniądze są odbierane ludziom, przeznaczane na bieżące wydatki, a przyszłe świadczenia zależą od tego, ile osób wejdzie do systemu płacenia publicznych danin. W ramach OFE żaden z tych trzech elementów nie ulega zmianie. Pieniądze są przymusowo pobierane od ludzi, przeznaczane zgodnie z państwowymi regulacjami na obligacje państwowe finansujące bieżące wydatki (między innymi wypłacane w formie świadczeń dzisiejszym emerytom), wobec czego przyszłe świadczenia zależą od tego, ile osób wejdzie do systemu spłacania tych obligacji, czyli płacenia publicznych danin.

Dlatego opowieści o tym, że OFE to prawdziwy system kapitałowy, są wyssane z palca. Nie jest to system kapitałowy, ponieważ system kapitałowy nie polega na zapisywaniu składki na koncie istniejącym na papierze („zabezpieczonym” obligacją państwową), która przepadła gdzieś w finansach publicznych, lecz na autentycznej decyzji o oszczędzaniu i inwestowaniu przez obywatela w indywidualne projekty inwestycyjne. Niestety, reforma nie znosi przymusu ubezpieczeń, a do utrzymania przymusu potrzebna jest regulacja. Jeśli jest regulacja, to decyzję o sposobie inwestowania pieniędzy podejmuje państwo. Jeśli podejmuje ją państwo, to nie ma systemu kapitałowego, tylko redystrybucyjno-dekretowy, uwzględniający finansowego pośrednika, w tym przypadku OFE — praktycznie tak samo jak w ZUS-ie, w którym również są „indywidualne konta”. Zasadnicza różnica polega na tym, że zmienia się pośrednik, którym od tej pory stają się prywatne spółki OFE. I w świetle prawa UE „zwiększają” oficjalny dług publiczny.

Te fakty zdaje się potwierdzać wyjątkowa płytkość rynku OFE i zadziwiająca tendencja do kartelizacji. Kartele zazwyczaj mają tendencję do tego, żeby się rozpadać. Gdyby system OFE był dobrowolnym kartelem, to nie wytrzymałby kilkudziesięciu godzin, ponieważ komuś opłaciłoby się szybko wyłamać i zdywersyfikować ofertę, tak jak to się dzieje w sektorze dobrowolnych oszczędności. Jest to również świetna ilustracja austriackiej teorii konkurencji — o istnieniu „monopolu” na rynku nie decyduje liczba dostawców, lecz ograniczenia narzucane przez państwo. W sektorze produkcji samochodów jest mniej dostawców niż w OFE, a jednak ten pierwszy sektor jest konkurencyjny, a drugi zmonopolizowany.

Inwestując dobrowolnie swoje pieniądze, możemy wybierać rozmaite oferty z rynku: ubezpieczenia, indeksy, fundusze walutowe powiązane z rynkiem kawy, ropy, kruszcu — czego tylko dusza zapragnie. Możemy inwestować w mieszkania, własne firmy czy potomstwo. Taka dywersyfikacja w ogóle nie występuje w przypadku OFE. Dlaczego? Czyżby menedżerowie OFE byli mało innowacyjni? Wziąwszy pod uwagę to, jak funkcjonują dobrowolne fundusze, wydaje się, że ten brak innowacyjności nie jest przypadkowy. Widocznie przy obecnych regulacjach państwowych wszystkim uczestnikom kartelu OFE po prostu opłaca się bez namysłu inwestować środki i pobierać za to stałą opłatę. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów powinien się zająć właśnie tym kartelem, a nie tracić czas na analizowanie mało istotnego zagadnienia ewentualnej fuzji dwóch lokalnych dzienników.

Rozwiązanie problemu

Nie da się wyeliminować problemów zusowego przez wprowadzenie zusofego z prywatnym pośrednikiem, jakim są OFE. Dopóki będziemy mieli do czynienia z płaceniem przymusowej „zusofej” składki, dopóty musimy się liczyć z nieuchronnymi kłopotami finansów publicznych i tym, że lepiej byłoby nam odkładać pieniądze na lokaty bankowe. Potwierdza to i teoria ekonomii, i obserwacja obecnego rynku. Rozwiązaniem tego problemu jest zniesienie przymusu odprowadzania składek do ZUS-u i OFE, ponieważ to właśnie przymus stał się przyczyną zarówno ekonomicznej niewydolności systemu emerytalnego, jak i kryzysu demograficznego (państwo zaczęło bowiem przejmować naturalne funkcje rodziny). Jeśli ktoś twierdzi, że bez przymusowości OFE i ZUS-u ludzkość by wymarła, to proponuję się zastanowić nad tym, że właśnie przez instytucje pokroju OFE i ZUS-u ludzkość wymiera (starzeje się), a okresem największego przyrostu naturalnego (także tempa wzrostu dobrobytu) był XIX wiek, czyli czasy, kiedy nie istniały jeszcze przymusowe ubezpieczenia.

Niektórzy będą ripostować, że nie sposób uwolnić rynku ubezpieczeń na życie, ponieważ ludzie są przyzwyczajeni do tego, że państwo gwarantuje im bezpieczeństwo. Po pierwsze, wbrew pozorom państwo nie gwarantuje żadnego bezpieczeństwa. Mogło gwarantować to bezpieczeństwo w czasach ścichapęka Bismarcka, gdy obiecywano emeryturę po 65. roku życia przy średniej życia 45 lat. Obecnie państwowy system zapewnia wspólne dzielenie biedy. Po drugie, w owej ripoście ukryte jest przekonanie, jakoby przyzwyczajenia ludzi były jakimś grzechem pierworodnym czy nieusuwalnym tatuażem, który tkwi na skórze od urodzenia. Przyzwyczajenia zależą od tego, w jakim systemie się żyje. O ile zrozumiałe jest, że obecnych emerytów nie można po prostu odciąć od świadczeń i kazać im pracować lub też pozbawić ludzi tuż przed emeryturą tych świadczeń, o tyle twierdzenie, że 20-latek wchodzący na rynek pracy jest przyzwyczajony do tego, że państwo będzie się nim zajmowało na starość, to już zwykła manipulacja.

W ramach dobrowolnych ubezpieczeń cześć ludzi z nowego pokolenia mogłaby się nie ubezpieczyć na starość i potem mieć kłopoty finansowe na emeryturze. W takich przypadkach pozostaje pomoc rodziny, najbliższych czy działalność charytatywna. Poza tym rozsądny system gospodarczy nie może się opierać na zaspokojeniu potrzeb kilku procent ludzi, którzy zdecydują się być nieodpowiedzialni. I wreszcie najważniejsze — aby ponoć „pomóc” takim ludziom i ich zabezpieczyć (bo ponoć by się nie ubezpieczyli), wprowadza się zupełnie nierozsądny i nieekonomiczny system i tak prowadzący do bankructwa i wypłaty emerytur na poziomie 500 złotych dla każdego — w ramach „bezpieczeństwa”, rzecz jasna, i zapewnienia każdemu godziwej starości. Czy właśnie po to obywatel zarabiający średnią krajową płaci przez całe swoje życie kilkaset tysięcy złotych kapitału na ZUS?

Między OFE a ZUS-em jest różnica, ale problem leży gdzie indziej

Oczywiście, między OFE a ZUS istnieją różnice. Nie twierdzę, że obecna zmiana niewiele zmienia. Zmienia na przykład to, że rząd unika oficjalnego przekroczenia granic długu publicznego. A takie przekroczenie paradoksalnie mogłoby się okazać dla Polski bardzo dobre, ponieważ zgodnie z obowiązującym prawem zmuszałoby państwo do wprowadzenia reform i utrudniłoby kontynuowanie dużego deficytu publicznego. Poza tym z perspektywy odległej można dyskutować i zastanawiać się, co byłoby lepsze dla dzisiaj pracujących ludzi: gdyby ich emerytury na starość były obietnicami mającymi pokrycie w obligacjach, posiadanych przez OFE, czy obietnicach państwa zapisanych w ustawach? Sceptyk anty-etatysta odpowiedziałby, że jedno i drugie to obietnica państwa, więc co za różnica, skoro państwo zawsze na wszelkie zmiany w rzekomych „umowach” z nim ma niepisaną Vaderowską groźbę: „Zmieniłem warunki umowy. Módl się, żebym ich dalej nie zmieniał”. Obecnie wydaje się, że nominalnie lepszym zabezpieczeniem jest obligacja, ale tylko obecnie. Emerytury na przykład są jakoś indeksowane, zwroty z obligacji już być nie muszą, więc można je krótkookresowo przejadać inflacją. Poza tym, jak już dojdzie do spodziewanego bankructwa polskich finansów publicznych, to, która sytuacja będzie lepsza, zależy od sytuacji politycznej. Czy większe przebicie będą mieli posiadacze obligacji, czy stypendyści ZUS-u? Czy rządy bardziej pójdą w stronę postawienia się na przekór roszczeniom społeczeństwa, czy zdecydują się na ciężkie kroki restrukturyzacji długu i zawieszenia spłat? To są oczywiście pytania zasadne i interesujące, ale nie dotykające samego sedna problemów, czyli tego, że bankructwo nadchodzi wielkimi krokami.

Mój argument raczej polega na tym, że obecnie są dwie najbardziej problematyczne pozycje w finansach publicznych: dotacje do ZUS i obsługa długu publicznego. Przerzucanie środków między OFE a ZUS tego nie zmienia. Tak jak nie da się reformować finansów publicznych przez reformę podatkową, analogicznie nie sposób uzdrowić systemu emerytalnego bez całkowitej zmiany jego logiki. Jak zwracają uwagę ekonomiści i badania empiryczne, stroną „aktywną” w finansach publicznych nie są podatki, lecz wydatki budżetowe. I jeśli ma dojść do reformy, to należy właśnie nad nimi popracować. Podobnie jest z przypadkiem ZUS-u i OFE.

Podsumowanie: Dwa problemy do rozwiązania

Za każdym razem, gdy słyszymy po raz kolejny o problemach emerytalnych, człowiek musi ponownie je sobie uporządkować. A główne problemy są tak naprawdę dwa: (1) jak osiągnąć względne bezpieczeństwo emerytalne młodych pracowników? (2) jak rozwiązać problem ogromnych zobowiązań wobec stypendystów ZUS-u? Odpowiedź na pierwsze pytanie nie jest trudna: znieść przymus ubezpieczeń. Jeśli tego nie zrobimy, to za jakiś czas młodzi pracownicy powiększą zakres i tak już ogromnego problemu drugiego. Ten z kolei to już temat na poważną i problematyczną dyskusję. Politycznie i społecznie bardzo problematyczną. Nie zmienia to jednak faktu, że ze względu na katastrofalne prognozy budżetowe jest ona nie do uniknięcia.

04:16, mateusz.machaj
Link Komentarze (2) »
piątek, 25 lutego 2011

Żyjemy w trochę dziwnym systemie, którego uzasadnienia ustrojowe kłócą się z codzienną praktyką jego funkcjonowania. Z jednej strony opiera się on na owocach burżuazyjnych wartości i wierze w suwerenność oraz samodzielność jednostek (szeroko rozumianą wolność) — stąd pochodzi sztampowe uzasadnienie demokracji jako rządów wybieranych przez masy. Z drugiej jednak strony jest to system, który nakazuje traktowanie tych jednostek jako niezdolnych do samodzielnego życia ignorantów i odmawia im prawa do indywidualnej decyzji o oszczędzaniu na starość. W ten oto sposób pozbawia się ludzi prawa do decydowania o swojej emeryturze, natomiast każe się im wybierać swoich przedstawicieli, którzy myślą w perspektywie czteroletniej, a mają podobno przygotowywać efektywny system emerytalny dla społeczeństwa.

Wyjdźmy jednak od założeń przyjmowanych przez zwolenników systemu przymusowego oszczędzania na emeryturę, a argumenty o wyższości systemu dobrowolnego zostawmy na kiedy indziej. Przedstawiamy tutaj propozycję prostej reformy emerytalnej, która naszym zdaniem powinna zostać bez problemów zaakceptowana przez wszystkich zwolenników Otwartych Funduszy Emerytalnych. Przy założeniu, że ludzie są zbyt ignoranccy, żeby odkładać na własną emeryturę, jak mógłby wyglądać system bez OFE?

Należałoby w całości znieść II filar. Składki, które były tam odprowadzane, bynajmniej nie powinny trafić do ZUS. Zamiast tego obywatel powinien je otrzymywać na indywidualne konto w wybranym przez siebie banku. Zgodnie z niewolniczymi założeniami obecnego systemu nie może ich wypłacać, ale będą one przekazywane na wybrane przez niego instrumenty inwestycyjne. I tak 60% środków należy przeznaczyć albo na obligacje Skarbu Państwa, albo na wybraną przez przyszłego emeryta lokatę bankową (jakąkolwiek dostępną na rynku). Pozostałe 40% środków ma być inwestowane w dowolnej proporcji w obligacje, lokaty albo indeks Warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych.

Ten system zachowuje wszystkie zalety systemu OFE, które podaje się, porównując go do systemu ZUS, a do tego ma dodatkowe istotne zalety.

Po pierwsze, proponuje większą dywersyfikację oferty oszczędzania niż obecne oligopolistyczne OFE. Obywatel sam może wybierać, czy 40% środków przekaże na akcje giełdowe, czy też woli inwestować bezpiecznie i przeznaczyć całość kapitału na lokaty i obligacje. Płacąc składki OFE, takiego wyboru praktycznie nie mamy i jesteśmy skazani na inwestycyjne widzimisię menedżerów zarządzających środkami.

Po drugie, co wiąże się z powyższym, system ten jest elastyczny, tzn. oszczędzający łatwo może zmienić decyzję. Gdy spodziewa się nadejścia kryzysu finansowego albo usłyszy o upadku Lehman Brothers, może się wycofać z inwestowania w indeks giełdowy i przeznaczyć całość środków na lokaty i obligacje. Ta decyzja leży po stronie przyszłego emeryta – w obecnym systemie nie ma on praktycznie nic do powiedzenia, zaś bodziec do rozwagi po stronie OFE jest w zasadzie żaden.

Po trzecie, ten system jest dużo tańszy niż obecne OFE. Istniejący dziś oligopol odznacza się głównie klasycznym rent-seeking, gdzie prywatne fundusze kapitałowe walczą o publiczne środki i pobiera się wysokie opłaty za zarządzanie nimi niemal w sposób automatyczny (tak jak nakazuje ustawa). Tymczasem badania dotyczące stóp zwrotu z inwestycji w fundusze akcyjne w porównaniu ze wzrostami indeksu giełdowego nie wypadają za bardzo na korzyść funduszy. Po co nam wobec tego opłacani pośrednicy, skoro działają automatycznie i skoro przyszły emeryt sam może zrobić to, co oni, jednym prostym podpisem?

Po czwarte, w omawianym systemie środki mogłyby być z punktu prawnego własnością obywatela, który je oszczędza. Oznacza to, że dużo trudniej byłoby przeprowadzić taką operację, do jakiej szykuje się rząd Donalda Tuska. Opór w przypadku nacjonalizowania środków OFE jest oczywiście dużo mniejszy. Obywatele nie pałają nadmiernym entuzjazmem do podmiotów na rynku finansowym, które korzystają z ich pieniędzy przymusowo pobranych przez państwo. Zwłaszcza że bezpieczeństwo tych funduszy jest gwarantowane publicznymi pieniędzmi. Sprawa wyglądałaby jednak inaczej, gdyby owe środki prawnie zabezpieczyć jako formę własności przyszłego emeryta. Wtedy operacja skoku na te pieniądze byłaby o niebo trudniejsza. Nie oznacza to oczywiście, że nie mogłaby być wykonana, niemniej jednak pojawiłoby się dużo więcej wątpliwości prawnych, nie mówiąc już o oporze społecznym. Wątpię, czy rząd tak łatwo poradziłby sobie z ludźmi, którzy obserwując swoje konto i zarządzając jego środkami, następnego dnia zobaczyliby na nim zerowe saldo, ponieważ te środki musiałyby wpłynąć do ZUS. Na pewno byłoby to dużo trudniejsze niż w przypadku OFE.

Po piąte, system opiera się na istniejących już państwowych gwarancjach, to znaczy na obligacjach Skarbu Państwa albo gwarancjach bankowych. Nie ma zatem konieczności rozszerzania gwarancji państwowych na inne podmioty na rynku kapitałowym — na przykład zaręczania, że fundusze emerytalne mają zabezpieczenie państwowe. Dzięki temu system nie powiększa państwowego parasola ochronnego.

Po szóste, system ten uczy obywatela dbania o własny interes i kapitał. Uczy rozwagi i przyzwyczaja do zasad gospodarki rynkowej.

Zachęcam wszystkich zwolenników obecnego systemu OFE do wyjaśnienia, w czym przedstawiony system byłby gorszy od obecnego i dlaczego nie mielibyśmy go wprowadzić. Zachowuje wszystkie zalety, które podaje się w odniesieniu do OFE, a oferuje mnóstwo ogromnych dodatkowych korzyści.

Okazuje się, że coś z powyższej propozycji pojawiło się w wypowiedzi minister Fedak, której zdaniem należy skończyć z koncesjonowanym rynkiem i wprowadzić większą swobodę wyboru, pozwalając obywatelowi inwestować część pieniędzy w lokaty, albo obligacje. Wywołuje to szum medialny, ponieważ sprawa dotyczy pozostałych 2,3% składek, podczas gdy minister realizuje plan przekazania 5% z powrotem do ZUSowskiej dziury. Jest to krok pomysłowy i przemyślany, gdyż wprowadza trochę zamieszania w środowisku przeciwników ZUS i zmniejsza stopień dyskusji w sprawie nacjonalizacji pozostałych 5% składek.

Ze względu na nasze powyższe wywody z samą ideą możliwości wybierania, w co inwestować należy się zgodzić — pytanie tylko, dlaczego ma to dotyczyć pozostałych 2,3%? Dlaczego w ogóle przekazywać 5% do ZUS? Dlaczego wszystkich pieniędzy, które obecnie trafiają do OFE, nie przekazać w ten sposób w prywatne ręce przyszłych emerytów? Skoro pani minister jakiś czas temu atakowała OFE, argumentując, że rzekomo „powodują” deficyt budżetowy, to czy nie zaatakowałaby za jakiś czas obywateli, oszczędzających tak pieniądze i kupujących obligacje, że teraz oni „powodują” deficyt?

Jeszcze ciekawsza jest natomiast odpowiedź ze strony stronników systemu OFE. Profesor Orłowski stwierdził, że jest to ultraliberalna propozycja, gdyż OFE mają gwarancję państwa, a w propozycji minister nie będzie żadnego zabezpieczenia przyszłych emerytów. Jest odrobina przesady w epitecie „ultraliberalna” — wszak propozycja wyboru między obligacją, lokatą, a ZUS jest i tak regulowaną propozycją. Byłaby ultraliberalna, gdyby te pieniądze można by przeznaczyć na edukację dzieci, kupno pralki, albo zwyczajnie przejeść. Abstrahując już od tego, jak zwróciliśmy uwagę wyżej, że system bankowy ma również gwarancje państwowe. Wszak lokaty są objęte Bankowym Funduszem Gwarancyjnym, a obligacje same w sobie są gwarantowane przez państwo. Oczywiście, nie oznacza to nigdy absolutnej pewności, ale gwarancje bankowe i obligacje są co najmniej tak samo pewną gwarancją, jak ochrona OFE. A moim zdaniem są nawet pewniejsze, czego dowodem powinno być to, że istniejące gwarancje państwowe w żaden sposób nie uchroniły przed nacjonalizacją składek z powrotem do ZUS. Co w przypadku posiadanych przez obywateli obligacji albo lokat z pewnością nie byłoby tak proste.

Z kolei doktor Wojciechowski z FOR stwierdza, że pomysł musiałby się wiązać z „ograniczeniem wysokości pobieranych opłat, limitami inwestycyjnymi i karami za nieosiągnięcie wymaganej stopy zwrotu”. Najlepsze w tym pomyśle jest właśnie to, że te koncesje i regulacje są zupełnie niepotrzebne, ponieważ o tym w większym niż w przypadku OFE stopniu decydowałby mechanizm rynkowy. Czy dzisiaj ktoś reguluje wysokość opłat za lokaty bankowe? Nie, banki podają kwotę zwrotu netto i nikt się tym nie martwi. Podobnie mogłoby być w tym wypadku.

Czego miałyby dotyczyć limity inwestycyjne? Jak zaznaczyliśmy w propozycji powyżej, te limity byłyby ustalone w taki sam sposób, jak w obecnym systemie z OFE: 60% w obligacje i lokaty bankowe. Pozostałe 40% albo w to samo, albo w indeks WIG, ale tylko w indeks bez możliwości wyboru poszczególnych spółek. O stopy zwrotu wtedy nie ma się co martwić, bo średnio prowadziłoby to do lepszego rezultatu niż tego osiąganego przez OFE, ponieważ obywatel inwestowałby pieniądze w te same instrumenty, ale bez rozrośniętego pośrednika, niemal bezpośrednio. A wysokość pobieranych opłat nie byłaby taka jak w OFE, ponieważ na rynku lokat i w pośrednictwie sprzedaży obligacji jest większa konkurencja. Czy naprawdę trzeba przekonywać zwolenników gospodarki rynkowej i swobody działalności gospodarczej, że im więcej konkurencji i wolności wyboru, tym taniej i lepiej?

Stąd zachęcam gorąco zwolenników systemu Otwartych Funduszy Emerytalnych, aby porzucili projekt OFE i podchwycili tę parę zdań wypowiedzianych przez minister Fedak. Należy przyznać jej rację i otwarcie zacząć popierać ten pomysł w mediach. I zaproponować, że skoro pomysł jest taki dobry, to niech całe 7,3% będzie rozdysponowywane indywidualnie przez obywatela. Naprawdę jest to koncept, który zawiera w sobie wszystkie zalety systemu OFE, a do tego oferuje bezcenne dodatkowe zalety i pozbywa się kilku poważnych, uciążliwych wad.

piątek, 12 listopada 2010

Kilka dni temu amerykański bank centralny ogłosił spodziewane od jakiegoś czasu interwencje, mające na celu skup amerykańskich obligacji państwowych. Kilka miesięcy wcześniej szef tego banku obiecywał, że nie będzie monetyzował długu państwowego, czyli kolokwialnie mówiąc, że nie zamierza drukować pieniędzy na pokrycie długu publicznego. I rzeczywiście, na upartego można by twierdzić, tak jak twierdzą władze „niezależnych” banków centralnych, że banki te nie drukują pieniędzy na pokrycie deficytu. Drukują pieniądze i skupują obligacje państwowe nie bezpośrednio od rządu, lecz od osób, które posiadają te obligacje już po wyemitowaniu. Można powiedzieć, że jest to jakaś różnica – w praktyce jednak niewielka, jeśli chodzi o inflacyjny efekt, czyli wzrost ilości pieniądza w obiegu.

Wbrew niektórym teoriom obecne kłopoty gospodarcze nie powinny być nazywane „pułapką płynności”, w przypadku której irracjonalni inwestorzy siadają na złość na stosach gotówki, zamiast pożyczać je potrzebującym kredytów. Obecna sytuacja reprezentuje przypadek „pułapki bankowości centralnej”. Przypomnijmy, że przeważająca większość ekonomistów z bardzo różnych tradycji intelektualnych podkreśla, że co najmniej czynną rolę w wywołaniu kryzysu finansowego odegrał amerykański System Rezerwy Federalnej. Prowadzenie aktywnej polityki pieniężnej i obniżanie stóp procentowych było jednym z czynników sztucznej ekspansji kredytowej i finansowania inwestycji pustym pieniądzem zamiast zakumulowanym kapitałem prywatnych oszczędności, jak zalecał ojciec ekonomii, Adam Smith. To, że Fed ma swoje za uszami, przyznają nawet ekonomiści pracujący w bankach centralnych (choć trzeba dodać, że do rozległości całej bańki przyczyniła się także współczesna architektura międzynarodowego rynku finansowego).

W momencie pojawienia się kryzysu i ujawnienia ryzykownych inwestycji rozpoczęto aktywną politykę fiskalną — błędne inwestycje zostały zamiecione pod dywan odważnymi i szeroko zakrojonymi programami marki Bailout. Niestety, program ten, podobnie jak inne rzeczy proponowane przez rząd, nie jest darmowy — wiąże się z istotnymi dla amerykańskiego podatnika kosztami. Oczywiście, rząd może się zawsze zapożyczyć, ale nie miejmy złudzeń — prędzej czy później ta pożyczka musi zostać pokryta albo podatkami, albo drukiem pieniądza. Ponieważ obecnie jest już „później”, Ben Bernanke ogłosił, że chętnie opowie się za rozwiązaniem numer dwa i będzie drukował 75 miliardów dolarów miesięcznie w celu wsparcia rynku obligacji amerykańskich (i także umożliwienia dalszej „taniej” emisji długu publicznego).

Na czym wobec tego polega „pułapka bankowości centralnej”? Otóż za obecne kłopoty w dużej mierze odpowiada aktywna polityka amerykańskiego banku centralnego, który obniżał stopy procentowe i „drukował” pieniądze na masową akcję kredytową (technicznie rzecz biorąc, nie drukował, lecz dopisywał na kontach). Od momentu pojawienia się kryzysu bank stara się na upartego kontynuować tę politykę i dalej eskaluje to, co było przyczyną załamania, czyli obniża stopy procentowe. W tej chwili ogłoszono, zgodnie z przeczuciem rynku, ciąg dalszy aktywnej polityki, tzn. skupowanie obligacji. W ten sposób wpadamy w pułapkę bankowości centralnej — bank powoduje kłopoty aktywną polityką pieniężną, a następnie działa tak, jakby przyczyna kryzysu miała być receptą; to prawie tak, jakby alkoholik przekonywał, że picie alkoholu wyjdzie mu na zdrowie. Ot pułapka, w której winowajca dalej robi swoje.

Dodajmy, że nie jest to bardzo zaskakujące, iż rozdawnictwo konglomeratu Bush-Obama nie mogło rozwiązać problemu błędnych inwestycji. Rządy nigdy nie były, nie są i nie będą w stanie likwidować strat — oto pierwsza lekcja ekonomii. Rządy mogą tylko straty redystrybuować — przerzucić z jednych na drugich. Wciągając na swoje księgi błędne inwestycje, rząd przejął straty i obarczył nimi swoich podatników. Teraz, nie potrafiąc udźwignąć ciężaru tych strat, wspomoże się bankiem centralnym, który przerzuci je na klasę średnią i całe społeczeństwo poprzez drenaż siły nabywczej pieniądza, a więc wzrost cen i osłabienie dolara.

Zwróćmy jeszcze uwagę na polityczny aspekt prasy drukarskiej. W działaniach Fedu nie ma niczego nadzwyczajnego ani niczego, z czym byśmy się już w przeszłości nie zetknęli. Uderza jednak, po pierwsze, reakcja wielu mediów, które otwarcie i wielkimi czcionkami w nagłówkach piszą o „druku pieniądza”. Po drugie uderza reakcja przedstawicieli innych władz niż amerykańskie, którym ten krok nie za bardzo się podoba. Czy jest to tylko ogólna obawa, czy zapowiedź nadchodzących „wojen walutowych” — wkrótce się przekonamy. Możemy natomiast być pewni, że w takiej ewentualnej wojnie wygranym będzie ten, który postawi na politykę silnej, a nie słabej waluty.

piątek, 08 października 2010

W ostatnich dniach byliśmy świadkami brawurowej i gwałtownej akcji rządowej skierowanej przeciwko legalnym handlarzom tak zwanych dopalaczy. Co najmniej z „pominięciem” przepisów prawa organy państwa polskiego postanowiły z dnia na dzień zamknąć legalnie prowadzony biznes (co prawdopodobnie będzie się wiązało z wypłaceniem z podatków odszkodowań dla właścicieli tego biznesu). Postanowienie to zostało zaimplementowane błyskawicznie i skoordynowane z odpowiednim przekazem medialnym. Nawet osoby unikające środków masowego przekazu nie były w stanie ominąć doniesień o truciznach, handlowaniu śmiercią i wszechobecnej panice. Trudno było się oprzeć wrażeniu, że sklepy trzeba zamknąć od zaraz, ponieważ kiedy wyglądamy przez okno na ulicę, raz na jakiś czas możemy wypatrzyć człowieka umierającego na chodniku po spożyciu dopalaczy. W akcję zaangażowano dzieci, które niewinnymi głosami wykrzykiwały hasła przeciwko szkodliwym dopalaczom. Informacje momentami przypominały podwórkowe plotki o tym, jak to ktoś gdzieś zasłyszał, że ktoś powiedział, że ktoś przedawkował i zmarł. Działanie organów państwa polskiego było nawet bardziej imponujące niż w przypadku delegalizacji znacznej części branży hazardowej – wtedy przynajmniej zadbano o zmianę prawa, mimo że była to podejrzanie ekspresowa zmiana.

Nie chcę w tym komentarzu rozstrzygać, czy ludzie powinni mieć prawo do sprzedawania i korzystania z tak zwanych dopalaczy, czy należy im to prawo odebrać. To, co jest jednak niesłychanie uderzające, to sposób, w jaki postanowiono rozwiązać tę kwestię. Chodzi o zignorowanie przepisów prawnych i zaangażowanie tanich środków propagandowych, po to by osiągnąć cel. W trochę podobny sposób postąpiono z hazardem. Nikt nie pokusił się o dokładną i gruntownie przeprowadzoną analizę hazardu w Polsce (np. nikt nie sprawdził, ile ludzi jest naprawdę od hazardu uzależnionych i jakie sumy na niego „marnują”), tak jak nikt nie pokusił się o dokładną i gruntowną analizę rynku dopalaczy.

Zdrowy rozsądek podpowiada na przykład, żeby przed delegalizacją określonej branży sprawdzić zakres jej działań. Należałoby zatem zbadać między innymi szkodliwość społeczną takiej działalności, czyli sprawdzić liczbę osób kupujących, uzależnionych, zachęconych do zakupów legalną formułą działalności, osób, które pod wpływem tych substancji popełniają przestępstwa, doznają uszczerbku na zdrowiu (natychmiastowego lub objawiającego się w długim okresie). Takie analizy są przeprowadzane w odniesieniu do palenia papierosów i picia alkoholu. Dlaczego zatem w podobny sposób nie zbadano rynku dopalaczy? Panika w mediach dotycząca tego, że ponoć ktoś coś przedawkował (bez jakiejkolwiek dokumentacji), ma rzekomo uzasadniać zmianę prawa. Zresztą jaką „zmianę” prawa? Raczej złamanie prawa w imię wyższego dobra. Propaganda opiera się na grze na emocjach i odstawieniu na bok chłodnej rozumnej analizy. W ostatnich dniach osiągnęliśmy tego lokalne maksimum.

Co więcej, rozsądna analiza ekonomiczna nie zatrzymałaby się tylko na stronie popytowej procederu sprzedaży dopalaczy. Objęłaby również strony podażową i instytucjonalną. Analitycy mogliby na przykład rozstrzygnąć kwestię tego, jak legalna sprzedaż dopalaczy wpłynęła na rynek nielegalnej produkcji używek. Mogliby wykazać, że w sytuacji dostępności dopalaczy zmniejsza się sprzedaż ciężkich narkotyków w podziemiu, których zawartość jest nieznana. Podjęliby się analizy kontrfaktycznej tego, czy kryminalizacja produkcji doprowadzi do radykalnego spadku spożycia; czy nie pociągnie za sobą kosztów społecznych w postaci wzmocnienia struktur mafijnych; czy nie wpłynie na to, że proceder chemicznej produkcji będzie przeprowadzany bez kontroli, przez co jakość używek się pogorszy, a tym samym zwiększy się ich szkodliwość.

Te wszystkie pytania są ważne i należałoby je zadać, zanim zmieni się (albo złamie) prawo. Sam nie znam na nie odpowiedzi. Zdrowy rozsądek podpowiada jednak, że każdy ruch na poziomie aparatu władzy powinien być poprzedzony odpowiedziami na podobne pytania. Przyjmując taki sposób działania, można zniszczyć i skryminalizować bardzo wiele branż; nie mówię tylko o rynkach papierosów i alkoholu, ale także kawy czy fast foodów.

Władze państwa polskiego, zgodnie z medialnym obrazkiem, który spontanicznie, nieświadomie i ze szczerą pasją wykreowali dziennikarze głodni sensacji, pochwaliły się swoim misjonarstwem i szczytną wizją uporządkowania społeczeństwa. Matki mogą wreszcie spać spokojnie, a dzieci śpiewać radosne pieśni tryumfalne o tym, jak to udało się pokonać rynek dopalaczy. Fakty są jednak takie, że bez racjonalnej, pozbawionej emocji i rzeczowej odpowiedzi na powyższe pytania nie mamy podstaw, by uważać, że spożycie groźnych używek spadnie pod wpływem tych działań.

Prawdziwi zwycięzcy ostatniej akcji nalotowej państwa polskiego piją gdzieś teraz szampana. I nie są nimi ani osoby uzależnione, ani osoby zagrożone uzależnieniem, ani ich rodziny. A szampana pośrednio sponsoruje państwo polskie z podatków, z których prawdopodobnie zostaną wypłacone odszkodowania za prawnie wątpliwe akcje nalotowe.

W świetle zaniedbania obowiązku przeprowadzenia rzetelnej analizy przed zmianą prawa tradycyjne pytanie Qui bono? nie mogłoby być bardziej na miejscu. Czy aż tak bardzo zagrożona została pozycja lokalnych dealerów nielegalnych używek, że konieczna była delegalizacja dopalaczy? Czy też może chodziło o odwrócenie uwagi od bieżących spraw politycznych i istotniejszych problemów? Czy jest to jakaś personalna biznesowa rozgrywka, w którą wmanewrowano instytucje państwowe?

A może odpowiedź tkwi w projekcie ustawy, którą przygotowano i którą być może przepchnie parlament trybem „hazardowym”, czyli ekspresowo i przy poparciu wszystkich? Nowa ustawa ma zapewnić inspektoratowi sanitarnemu dodatkowe prerogatywy władzy, które pozwalają na łatwe zamknięcie placówki, sklepu, czy hurtowni na podstawie podejrzeń szkodliwości dla zdrowia. Zwróćmy zatem uwagę, że nie wprowadza się po prostu zakazu sprzedaży substancji psychotropowych, lecz udostępnia się organowi rządowemu dodatkową możliwość manipulowania rynkiem i nękania przedsiębiorców. Pozostaje tylko czekać, jak w najbliższych latach okaże się, że nowe prerogatywy będą pewnym grupom zdecydowanie bardziej przydatne niż do walki z „dopalaczami”.

Tagi: dopalacze
23:41, mateusz.machaj
Link Komentarze (2) »
środa, 11 sierpnia 2010

Pierwsza połowa XXI wieku zapisze się w historii gospodarczej jako krytyczny moment światowego systemu gospodarczego, opartego na rekordowej fiskalnej redystrybucji, która nie może być w długim okresie zatuszowana polityką ekspansji długu i kredytu. Jeśli polityka radykalnie się nie zmieni, rozciągnięte do granic możliwości wydatki budżetowe wraz z przyszłymi obietnicami składanymi beneficjentom systemu pomocy społecznej wkrótce postawią kolejne kraje na skraju bankructwa. Zaczęło się od egzotycznej Argentyny, niedawno dołączyła unijna prowincja – Grecja. W kolejce czekają już takie centra cywilizacji, jak Japonia i Stany Zjednoczone.

Polska na tle tych krajów specjalnie się nie wyróżnia, a nawet ma postawioną ścisłą barierę – dług publiczny Polski nie może przekroczyć 60% PKB. W obecnym systemie fiskalnym ciężko będzie nie złamać tej reguły. Z tego względu rząd Donalda Tuska stanął przed politycznie problematyczną alternatywą – jeśli deficyt finansów publicznych ma nie doprowadzić do przełamania bariery 55% PKB, konieczna jest zmiana w budżecie – albo cięcie wydatków, albo zwiększenie podatków. Zamiast jednak wybrać drogę gospodarczo korzystną i bardziej odpowiedzialną, czyli cięcie wydatków, rząd zdecydował się kupić trochę więcej czasu, „delikatnie” podnosząc podatki. Tym sposobem z rzekomego liberalizmu Platformy Obywatelskiej nie zostało już w zasadzie nic, a podpisanie jednej z pierwszych ustaw przez nowego prezydenta będzie złamaniem jego obietnicy o niezwiększaniu podatków.

Obniżenie podatków, które uchwalił rząd Prawa i Sprawiedliwości, gospodarczo było rozwiązaniem korzystnym. Niestety – z czego doskonale zdaje sobie sprawę większość ekonomistów i obserwatorów finansów publicznych – była to obniżka tymczasowa, ponieważ nie ruszono strony wydatkowej. Bez uszczuplenia wydatków obniżka zostanie niebawem odwrócona. Jeśli ogólnej redukcji podatków nie towarzyszy ogólne redukowanie wydatków sektora publicznego, to wysokie wydatki będą sfinansowane większym deficytem, a po jakimś czasie podatki z powrotem wzrosną. Takie wnioski nasuwają się po analizie wielu historycznych przypadków – stroną „napędową” finansów publicznych są zawsze wydatki, oparte na przyjętych ustawach. W długim okresie strona wpływów jest w tym procesie bardzo pasywna.

Nie oznacza to, że nie istnieje coś takiego, jak efekt Laffera, czyli zwiększenie wpływów podatkowych za pomocą obniżek stawek podatkowych. Problem polega jednak na tym, że ten efekt występuje tylko na poziomie mikroekonomicznym i w wybranych przypadkach, np. przy obniżce akcyzy na spirytus. Nie ma jednak panaceum w postaci makroekonomicznego efektu Laffera lub, mówiąc jaśniej, w przeważającej większości przypadków nie da się zredukować wszystkich podatków i przez to osiągnąć wzrostu całkowitych wpływów budżetowych. Aby obniżka była trwała, ogólnej redukcji podatków musi towarzyszyć zmniejszenie strony wydatkowej.

Co istotne, jednoczesna radykalna redukcja wydatków budżetowych i podatków byłaby zdecydowanie korzystna dla gospodarki. Podwyższenie podatków, po to by naprawdę niewiele zmniejszyć dziurę budżetową, po pierwsze, nie rozwiązuje problemu, tylko odrobinę go oddala; po drugie, skutkuje rosnącymi obciążeniami produktywnego sektora prywatnego, który jest odpowiedzialny za gospodarczy dobrobyt. Innymi słowy, przez obecne rozwiązanie rząd utrzymał niewydolny system, by zyskać trochę czasu, a do tego uderzył po raz kolejny w źródło bogactwa narodów.

niedziela, 25 lipca 2010

W trakcie, gdy na rynkach finansowych panuje mieszanina strachu i skromnego optymizmu, system biurokratyczny Unii Europejskiej powoli, aczkolwiek konsekwentnie, pracuje nad budową finansowego socjalizmu. Kilka dni temu pojawiła się propozycja zwiększenia poziomu gwarancji depozytów bankowych z sumy 50 tysięcy euro do 100 tysięcy euro. Jeszcze parę lat temu gwarancja ta była około czterokrotnie niższa i dotyczyła 90% depozytów. Wkrótce, jeśli plany Komisji Europejskiej zostaną zrealizowane, depozyty do 100 tysięcy euro będą miały stuprocentowe gwarancje państw Unii Europejskiej. Oznacza to, że mniej więcej 95% posiadaczy depozytów będzie miała je zagwarantowane niezależnie od tego, w jakim banku je złożą.

Rozwiązanie to ma na celu ochronę systemu bankowego przed pieniądzem papierowym. W praktyce oznacza to bowiem, że w zasadzie bezcelowe jest wyciąganie gotówki z banku, skoro być może ktoś nam je ukradnie. Jeśli zaś ktoś okradnie bank, to państwo i tak nam te środki odda. Na pierwszy rzut oka, szczególnie dla ludzi martwiących się o swoje życiowe oszczędności, wydaje się to korzystne. Czyż człowiek nie czuje się od razu lepiej, gdy ktoś dekretuje, że ma być bezpieczniej?

Niestety tak jest tylko na pierwszy rzut oka, ponieważ cały proceder ma drugą, mniej zauważalną stronę. Aby to zobrazować, posłużmy się wyimaginowanym przykładem. Wyobraźmy sobie, że postanawiamy założyć egzotyczny bank. Jego oferta jest dość nietypowa — ogłaszamy, że zachęcamy ludzi do otwierania depozytów do wysokości 100 tysięcy euro i zamierzamy je szalenie ryzykownie inwestować w przedziwne aktywa, które mają szansę przynieść wysokie zyski. Oferujemy na te depozyty oprocentowanie lub też zapłatę w jakiejś innej formie (bezpłatne prowadzenie konta itp.). Faktem jest, że straty mogą ponieść akcjonariusze naszego banku, ale ich również można ostrzec, że będzie to ryzykowna inwestycja. Klienci zaś nie muszą się martwić, bowiem państwa na pewno zwrócą im ich środki w razie upadku banku. Nie powinno być problemów z pozyskaniem funduszy, a szanse na zyski są ogromne. Szansy na stratę również, ale to już przecież nie będzie problemem banku.

Czy jest coś, co nie do końca nam się podoba w tym scenariuszu? Z pewnością. I to, co nam się nie podoba, jest powiązane z problemami, które wynikają z bankowego pieniądza gwarantowanego w stu procentach przez państwo. Oznacza to, że banki uzyskują jeszcze większy parasol ochronny ze strony państwa niż dotychczas. Oznacza to wobec tego, że daje to jeszcze mocniejszy sygnał o tym, że zyski są prywatyzowane, a straty uspołecznianie. Takie rozwiązanie wcale nie uchroni nas przed kryzysami takimi jak ten z 2008 — wprost przeciwnie, gwarantuje wystąpienie zdecydowanie poważniejszych.

Jedną z możliwych ripost jest twierdzenie, iż na szczęście istnieje nadzór regulacyjny, który będzie pilnie przestrzegał przed podobnymi nadużyciami. Co za tym idzie, powyższy, wyimaginowany scenariusz jest niemożliwy do zaistnienia w praktyce (choć dodajmy, że służy dobrze jako skrajna ilustracja pewnego zjawiska). Tymczasem, jeśli czegokolwiek nauczyły nas kryzysy, to właśnie tego, że nadzór nie jest w stanie efektywnie im zapobiec. Po drugie, ta nieskuteczność regulacyjna wraz z pogłębianymi gwarancjami państwowymi oznacza, że interwencjonizm państwa coraz bardziej przekształca się w pełne planowanie rynków finansowych. Wtedy, przy pełnym planowaniu, nadzór będzie „efektywny” w tym sensie, że nie będzie możliwa ucieczka przed nim. Patrząc na ostatnie 2 lata nie jest to w żadnym stopniu odległe. W dodatku w świetle kryzysu finansów publicznych (konsekwencji keynesowskiej polityki fiskalnej) oznacza to również budowanie dużych obszarów politycznego socjalizmu. Każdy kij ma dwa końce — uzyskując „bezpieczeństwo depozytów” zmierzamy w stronę systemu, który straci resztki efektywności gospodarczej. Jeśli bowiem ktoś myśli, że państwo będzie w stanie efektywnie planować rynek finansowy, kapitałowy i kredytowy, warto wrócić do dyskusji o niemożliwości rachunku ekonomicznego w socjalizmie. I tego, jak przykładowo funkcjonowały banki w PRL lub w innych systemach, gdzie najwięcej o kredytowaniu mają do powiedzenia rządowe biura.

Należy wobec tego pamiętać, że obecne rozszerzanie gwarancji depozytów jest odpowiedzią na niestabilność systemów bankowych, która została spowodowana utworzeniem przez państwa standardu pieniądza papierowego. Alternatywnym sposobem przywrócenia większego bezpieczeństwa dla oszczędności ludzi jest odejście w stronę innego reżimu monetarnego — opartego na pieniądzu towarowym — na przykład standardu złota.

Propozycja rozszerzenia gwarancji depozytów nie tylko konserwuje nieudolny system. Daje także poczucie złudnego bezpieczeństwa, że upadek wybranego banku oznacza, iż możemy przenieść pieniądze do innego. Nie zmienia to jednak faktu, że system dalej opiera się na nieefektywnej kreacji długu i zwiększaniu inflacji. A do tego sprawia, że następuje ewolucja w stronę jeszcze bardziej nieodpowiedzialnego inwestowania. Z tych względów regulacja ta niewiele zmieni, zawiera jednak w sobie pewne poważne, ukryte koszty, o których warto wiedzieć.

wtorek, 22 czerwca 2010

Niedawno w polskiej telewizji pojawiła się kolejna akcja propagandowa, która ma przypominać ludziom o konieczności płacenia abonamentu radiowo-telewizyjnego. Reklama skonstruowana w tak ciekawy sposób, jakby oczywiste było, że bez uiszczenia tej opłaty w ogóle nie ma się prawa włączać odbiornika. Sama reklama jest nakręcona całkiem profesjonalnie, ale natychmiast uderza ukryta w niej rzekoma oczywistość – bo niby dlaczego oczywiste jest, że jeśli za telewizor zamontowany w autobusie nie zapłacono abonamentu, to kierowca nie ma prawa włączyć meczu, czy filmu?

Nietrudno zauważyć, że abonament telewizyjny jest instytucją wybitnie inwazyjną, co zresztą było od lat skrupulatnie wytykane przez krytyków przymusowego poboru mienia na państwowe narzędzia propagandowe. Skoro firma zakupiła telewizor od prywatnego producenta, zakupiła odtwarzacz DVD i zakupiła płytę na rynku, to co do tego wszystkiego mają telewizja publiczna i radio? Dlaczego sam fakt posiadania telewizora ma się wiązać z koniecznością uiszczenia opłaty na te upolitycznione i proponujące na domiar złego niezbyt ciekawą ofertę programową molochy? W dobie internetyzacji, postępu technologicznego i rozwoju telewizji kablowej większość uzasadnień dla finansowania telewizji przez państwową kasę po prostu nie wytrzymuje ognia krytyki.

Oto przez lata uzasadniano konieczność istnienia abonamentu tym, że telewizja miała być jakoby dobrem publicznym, z którego ciężko wykluczyć tych niepłacących i korzystających. Nadawanie programu oznaczało, że każdy wyposażony w odbiornik mógł go odebrać i bez płacenia oglądać. Dlatego ustawa nie zabrania posiadania odbiornika bez opłaty w ogóle, lecz posiadania bez opłaty odbiornika, którego stan może wskazać na możliwość natychmiastowego z niego skorzystania (podłączenie do prądu, anteny etc.). Tymczasem przy obecnie dostępnej technologii nie ma absolutnie żadnego problemu, żeby ludzi niepłacących abonamentu wykluczyć z użytku. Wystarczy tak jak dostawcy kablówek, czy telewizji cyfrowych, dostarczać dekoder do domów, z którego korzystaliby tylko ci, którzy uiszczą należną opłatę abonamentową. W ten sposób telewizja stałaby się dobrem, z którego łatwo wykluczyć tych, którzy chcieliby ją oglądać bez płacenia abonamentu. Ci, którzy nie mieliby takiej ochoty, po prostu by dekodera TVP nie zakupili, a zamiast tego korzystaliby z odbiornika w innym celu (oglądania innych telewizji, grania na konsoli, korzystania z komputera etc.).

Zatem w tej sytuacji zwolennicy istnienia abonamentu pozostali pozbawieni czołowego argumentu, który im pomagał uzasadniać tę interwencyjną daninę. Wygląda na to, że zamierzają argumentować, iż ludzi trzeba zmusić do płacenia, aby telewizja mogła finansować programy, czy projekty kulturalne, którymi ludzie nie są zainteresowani. Sęk jednak w tym, że skoro nie są zainteresowani, to najwyraźniej mają ochotę na inne rozrywki takie jak pójście do kina, słuchanie muzyki, czy oglądanie klipów kabaretowych w Internecie. Zmuszanie ich do uiszczenia opłaty jest w tym wypadku tworzeniem kliki redystrybucyjnej i na pewno nie podniesie kulturalnego poziomu społeczeństwa. Zamiast tego potworzy skanseny kultury kiepsko sprzedawanej, na którą dużo ludzi nie zwróci uwagi.

Jeśli ktoś twierdzi, że bez abonamentu niektóre „wartościowe” programy musiałyby zniknąć z telewizji, to nie pozostaje nic innego jak stwierdzić: „tym gorzej dla tych programów, skoro potrzebują przymusowego zaboru mienia, aby istnieć”. Można sobie wyobrazić wiele niezwykle ciekawych dzieł sztuki, które mogłyby powstać, gdyby dało się okraść kilku milionerów, lub opodatkować dodatkowo kilka milionów ludzi. Moglibyśmy np. domagać się zrekonstruowania w największych polskich miastach siedmiu cudów świata – od piramidy Cheopsa po latarnie z Faros (w oryginalnej wielkości). Byłby to niewątpliwie niezwykle interesujący projekt artystyczno-architektoniczny, ale wszak nie uzasadnia to jeszcze wprowadzenia na ten cel masowych konfiskat mienia.

Niektórzy pewnie narzekaliby na to, że po zniesieniu abonamentu zniknąłby np. ich ulubiony program II polskiego radia. Być może tak by było (choć moim zdaniem istniałoby coś alternatywnego takiego jak RMF Classic; nie mówiąc już o całej masie stacji radiowych, które nadają w Internecie z lepszą jakością). Dlaczego jednak ma to być argument przeciw? Raczej jest to właśnie argument za tym, żeby znieść opłatę abonamentową, skoro trzeba zmuszać jednych ludzi do płacenia za coś, czego mają ochoty słuchać jacyś inni ludzie.

Rozwój technologiczny stwarza zatem okazję do tego, aby ponowić dyskusję nad koniecznością zniesienia abonamentu jako sposobu finansowania telewizji (finansowanie z budżetu praktycznie nic by tutaj nie zmieniło, a tylko przesunęło trochę ośrodki władzy). Zamiast wydawać pieniądze na reklamy, które mają promować płacenie abonamentu, czy wręcz zachęcać do donoszenia na niepłacących, telewizja powinna raczej zorganizować uczciwą debatę na temat tego, czy ten podatek telewizyjny jest rzeczywiście konieczny i uzasadniony.

16:35, mateusz.machaj
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 17 maja 2010

W ostatnich tygodniach doszło do największego kryzysu w historii strefy euro i jednocześnie do jej najbardziej radykalnego przeobrażenia. Ten kryzys jest pierwszą, „miękką”, zapowiedzią katastrofy, która najprawdopodobniej czeka europejskie finanse w najbliższych dziesięcioleciach. Przeobrażenie natomiast jest twardym dowodem na to, że od strefy euro należy się trzymać jak najdalej. Jeśli ktoś miał pewne zastrzeżenia co do tego, czy warto w Polsce przyjąć wspólną walutę (bo wiążą się z tym istotne plusy), to od 10 maja nie powinien mieć specjalnych wątpliwości, że będzie to rozwiązanie szkodliwe.

Gabriel Laub stwierdził, że demokracja jest systemem, w którym nikt nie jest tak mało ważny, żeby nie mógł zaszkodzić innym. Wydaje się, że obecna sytuacja w Grecji dostarcza jednej z najbardziej brutalnych i skrajnych egzemplifikacji tego faktu. Tłumy, podburzane przez znane z tradycji bezpardonowego rabowania gospodarki związki zawodowe i lobby budżetówki, rozpoczęły zamieszki, o których ktoś lakonicznie powiedział „Grecja rozpoczęła naszą cywilizację – teraz wygląda na to, że ją zakończy”.

O ile sama cywilizacja Zachodu póki co nie jest zagrożona, o tyle jej podstawy gospodarcze opierają się na bardzo chwiejnych fundamentach. Grecja jest oczywiście bękartem państwa dobrobytu, jednym z najlepszych przykładów społeczeństwa konsumpcyjnego, które nie przejmuje się ani deficytem budżetowym, ani długiem publicznym (można nawet ironicznie stwierdzić, że jeśli komuś marzy się Polska, w której się dobrze płaci urzędnikom i budżetówce, to niech spojrzy w kierunku Grecji). W dodatku od czasu powstania strefy euro była „pasażerem na gapę”, gospodarką napędzaną iluzją, że w razie kłopotów fiskalnych wszystkie inne państwa dokonają zrzutki na wykupienie bankruta. Niemniej jednak kłopoty Grecji są ostrzeżeniem dla całej Europy, ponieważ ukazują przyszłość, jaka prędzej czy później czeka inne kraje bloku.

Prawa ekonomii są nieubłagane: dobrobytu nie da się budować ciągłą redystrybucją środków za pośrednictwem urzędników. W długim okresie doprowadzi to do konsumpcji kapitału. Zadłużanie się państwa będzie skutkowało ciągle rosnącym długiem publicznym i koniecznością ogłoszenia w końcu bankructwa – przez niemożliwość dalszego powiększania zadłużenia i spłaty dotychczasowego. Grecja będąc bankrutem skorzystała na wejściu do UE, podobnie jak kilka innych krajów bankrutów. Jednym z bodźców, które skłoniły kraje do stworzenia Unii Europejskiej była ciekawa symbioza między zbankrutowanymi krajami, takimi jak Grecja, czy Belgia, a Niemcami. Biedne kraje otrzymały bezpośrednią pomoc w postaci dodatkowych funduszy, a do tego korzystały w strefie euro z efektu zewnętrznego – dzięki temu, że należą do tej strefy mogły emitować dług publiczny oprocentowany niżej niż gdyby były krajem niezależnym. Bogatsze kraje z kolei uzyskały możliwość tworzenia prawa, które sprzyjało ich interesom – na przykład przez otwarcie „regulowanego rynku”, w którym rozmaite standardy europejskie promowały firmy z wybranych krajów. Ot, jeden z ważnych elementów merkantylistycznej Europy.

Niestety jednak łączenie zbankrutowanych państw razem może tylko rozmyć negatywne konsekwencje zadłużenia i pozwolić na parę „tłustych lat” życia na kredyt, ale nie uchroni przed koniecznością zapłaty rachunków. W obecnej sytuacji dodatkowym wybuchowym czynnikiem są wewnętrzne tarcia – Niemcom i innym krajom w relatywnie dobrej sytuacji fiskalnej wcale nie śpieszy się do pomocy bankrutującym Grekom. Głównie dlatego, że wiedzą, iż ta pomoc zostanie przejedzona, a oszczędności będą prowizoryczne. Do tego pojawia się kolejny problem – skoro Grecy mogą sobie wypłacać czternastki, szaleć na koszt całej UE i nie płacić za to rachunku, to dlaczego inne kraje mają się tym przejmować? Sytuacja fiskalna Irlandii, czy Hiszpanii wcale nie wygląda różowo, a rynek już zaczął dyskontować dług publiczny Portugalii. Bardzo możliwe, że Belgia lada moment przestanie być państwem, co będzie stanowiło wyzwanie prawne dla obecnej Unii a także zrodzi dotkliwy ekonomicznie problem przejęcia przekraczającego PKB belgijskiego długu publicznego.

Cywilizacja się na razie nie kończy, ale należy zdać sobie sprawę z tego, że obserwujemy właśnie największy kryzys polityczno-gospodarczy w Unii Europejskiej i strefie euro. W obecnej sytuacji możemy się pokusić o zarysowanie możliwego dalszego rozwoju wydarzeń. Być może UE razem z MFW uda się zamieść problemy pod dywan i oddalić obecne dylematy długów publicznych i deficytów tylko po to, aby obarczyć nimi kolejne rządy lub pokolenia. Tak czy inaczej, prędzej czy później problem musi powrócić. Wtedy wyjścia z sytuacji są dwa. Po pierwsze, może dojść do rozpadu strefy euro w jej obecnej formie i usuwania z niej niezdyscyplinowanych członków takich jak Grecja. Wówczas jednak otwierają się drzwi do rozpadu strefy, do którego mogłoby doprowadzić występowanie z niej kolejnych krajów, częściowo bankrutujących, a częściowo oburzonych rzekomo twardą postawą Niemiec, które nie chcą finansować swych unijnych „partnerów”. Kraje usuwane ze strefy najczęściej doświadczałyby argentynizacji, czyli krachu na rynku długu (publicznego i prywatnego) wraz z postępującą dewaluacją.

Drugie wyjście natomiast, chyba bardziej prawdopodobne, to stworzenie jeszcze mocniejszego niż obecnie imperium europejskiego, w którym aparat prawny przejmowałby coraz większą kontrolę nad procesem stanowienia prawa tak, by utrzymać w ryzach rozpasaną konsumpcję środków publicznych w krajach takich jak Grecja. Wydaje się jednak, że do tego trzeba by było sprytnie przekupić albo skutecznie zaszantażować lokalnych wichrzycieli, bowiem uzwiązkowieni bojówkarze okazują się być dosyć mocną siłą polityczną.

Potwierdzeniem zastosowania drugiego wyjścia są niedawne deklaracje Europejskiego Banku Centralnego, które należy określić jako radykalne i przełomowe. W komunikacie EBC czytamy:

[Bank] przeprowadzi interwencje w strefie euro na rynku prywatnego i publicznego długu (Securities Markets Programme), aby zapewnić głębokość i płynność na tych rynkach, które są dysfunkcjonalne. Celem programu jest zaadresowanie problemów rynku obligacji i odtworzenie właściwego mechanizmu transmisji monetarnej. Zakres interwencji zostanie określony przez Zarząd. Przy podjęciu tej decyzji wzięto pod uwagę oświadczenia rządów strefy euro, że „zastosują wszelkie potrzebne środki do osiągnięcia celów fiskalnych w tym roku i w przyszłych latach zgodnych z procedurami nadmiernego zadłużenia” i dokładne dodatkowe zobowiązania niektórych rządów strefy euro o przyspieszeniu fiskalnej konsolidacji w celu utrzymania stabilności finansów publicznych.

W celu sterylizacji wpływu niniejszych interwencji zostaną podjęte specyficzne operacje, aby zaabsorbować płynność wprowadzoną przez Securities Markets Programme. To zapewni, że polityka pieniężna nie będzie naruszona.

O co chodzi w tym komunikacie i do czego zobowiązał się w nim EBC? Zdecydował się tak naprawdę na monetyzację (spieniężenie) długów publicznych, czyli skupowanie obligacji rządowych. Nie tylko greckich, ale w ogóle wszelkich długów publicznych w strefie euro. Tym jednym komunikatem EBC przekreślił wszystkie papierowe obietnice o niezależności politycznej i dbaniu o siłę europejskiej waluty. W końcu stało się jasne to, co było oczywiste dla wielu przeciwników pieniądza dekretowanego: EBC nie stoi ponad ładem politycznym, ale jest głęboko w niego wpasowany i w razie kłopotów będzie drukował pieniądze na pokrycie długów państwowych. Tym samym wielu „realistycznym” zwolennikom strefy euro, sympatyzującym z poglądami prorynkowymi, został wytrącony z rąk jeden z koronnych argumentów na rzecz zamiany złotego na euro w Polsce.

EBC próbuje przekonać naiwnych, że to rozwiązanie nie jest groźne, ponieważ rządy zadeklarowały się stosować do odpowiednich procedur związanych z dużym długiem publicznym. Procedur, które same uchwaliły, które same w przeszłości łamały i które same mają na sobie egzekwować. To chyba jeden z bardziej dobitnych przykładów bycia „sędzia we własnej sprawie”. Zresztą, dlaczego mamy wierzyć w to, że rządy dotrzymają procedur, które same wymyśliły, skoro nie jest w stanie tego zrobić rzekomo apolityczny bank centralny?

O co chodzi z „mechanizmem transmisji pieniężnej” i jego przywróceniem? W momencie wystąpienia kryzysu zaczęły rosnąć stopy procentowe. W celu walki z tym wzrostem EBC obniżył swoje stopy procentowe. Problem jednak polega na tym, że są to krótkoterminowe stopy procentowe. „Rynek” natomiast, dostrzegając kiepską wypłacalność (realną lub nominalną) wielu instytucji w długim okresie, w tym rządów, zaczął podnosić długoterminowe stopy procentowe (nie znajdujące się pod bezpośrednią kontrolą banku centralnego), doliczając do rentowności instrumentów o dłuższej zapadalności premię za ryzyko kredytowe lub inflacyjne. Tak więc EBC stwierdził, że obserwowana dysproporcja między stopami długoterminowymi a krótkoterminowymi musi zostać zatrzymana poprzez druk pieniądza i kupno długu publicznego. A tak naprawdę chodzi o kupienie dodatkowego czasu dla bankruta.

Uderzający jest również drugi akapit oświadczenia. EBC zdaje sobie sprawę z tego, że będzie w ten sposób drukował pieniądze, co może stanowić potencjał inflacyjny. Zaraz się jednak asekuruje, że przeprowadzi operacje „sterylizujące płynność”, czyli odciągające część środków od ekspansji pieniężnej, która mogłaby zostać nakręcona tym dodrukiem. Możemy się tylko domyślać, jaką formę to przyjmie, ale prawdopodobnie będzie to w tej czy innej formie odciągnięcie środków od sektora prywatnego. Co oznacza pogłębiony efekt wypychania, a więc redystrybucję środków od sektora rynkowego w stronę urzędniczej konsumpcji, której za pomocą wydatków publicznych dopuszcza się władza.

W zasadzie można by przytoczyć starą, do znudzenia powtarzaną opowieść o tym, że rządowe interwencje nie rozwiązują w długim okresie problemów, lecz prowadzą do kolejnych. Kraje zachodnie łudziły się, że prosperity można osiągnąć poprzez druk pieniądza i stymulowania gospodarki długiem. A jak sektor prywatny bogacił się pustym pieniądzem, to również korzystał z tego sektor publiczny (mając relatywnie wysokie wpływy podatkowe i niską cenę finansowania). Sęk w tym, że taka bańka się kończy, pociągając za sobą poważne kłopoty dla sektora publicznego.

Efektem tej mieszanki długu i inflacji jest konsumpcja kapitału i nieuchronny kryzys, w trakcie którego przychodzi czas na takie radykalne działania jakich podjął się EBC. Tym sposobem Unia czyni kolejny krok w już nie tak powolnej drodze do państwowego planowania, które wraca dużo szybciej niż się jeszcze niedawno mogło wydawać. Przerobiliśmy kolejną lekcję, że wzrostu gospodarczego nie da się tworzyć państwową polityką gospodarczą. Czy na pewno musimy znowu przerabiać lekcję, że państwowe planowanie nie będzie efektywnym systemem? Wbrew pozorom takich lekcji można się uczyć bez bezpośrednich doświadczeń.

Tak, czy inaczej, od strefy euro należy się trzymać raczej daleko. Polska powinna zreformować swój cały system bankowy i finansowy, bo wpaść w podobne jak Europa tarapaty można również mając płynnego złotego, ale to już temat na inną dyskusję.

niedziela, 07 lutego 2010

Dwóch twórców, Russ Roberts i John Papola, stworzyło imponujący klip, w którym rapujący John Maynard Keynes, oraz jego przeciwnik, Friedrich August von Hayek, przedstawiają swoje teorie. Efekt jest doprawdy imponujący:

Klip jest dobry nie tylko dlatego, że został świetnie wyprodukowany, ale również dlatego, że stanowi świetny materiał edukacyjny, gdyż w miarę dobrze oddaje poglądy zarówno Keynesa jak i Hayeka.

Bowiem jak słyszymy w klipie Keynes uznawał, że przyczyną wahań w gospodarce są “zwierzęce instynkty” w kapitalizmie, ożywienie nie może się pojawić z powodu sztywności płac (i innych cen), więc najlepszym lekarstwem jest zbawienna rola wydatków rządowych. Czynnikowi destabilizującemu (zwierzęce instynkty rynków) dajemy przeciwwagę w postaci puchnących wydatków rządowych. Tak naprawdę nieważne na co idących, czy na kopanie i zakopywanie rowów, wojny, czy wybijanie szyb (w istocie takie opinie pojawiały się nie tylko w pracach Keynesa, ale także w formie sugestii w pracach Paula Krugmana). Niech rośnie suma wydatków, bo zadziała magiczny “mnożnik”. Zaciskanie pasa i zwiększenie oszczędności będzie tylko przeszkadzało w tym rajdzie “zagregowanego popytu”. A polityka samego obniżania samych stóp może nie wystarczyć, ponieważ pojawi się “pułapka płynności”, gdy banki zatrzymują akcję kredytową, zamiast razem z rządem zwiększać wydatki i nie przejmować się jutrem.

Hayek natomiast w odpowiedzi na to stwierdza, że agregaty Keynesa pomijają fundamentalne mechanizmy zmiany (cytat wprost z jego autentycznej recenzji książki Keynesa). Tworzą w ten sposób teorię, która obiecuje darmowe obiady, jakie mimo wszystko nie mogą się pojawić. Bowiem, aby inwestycje były trwałe potrzebne są realne oszczędności ludzi. Stopa procentowa zaś jest ceną, która powinna się kształtować rynkowo, a nie jak dzisiaj przez państwowe instytucje (banki centralne). Hayek dalej podkreśla, że kryzys nie pojawia się nagle w wyniku jakiś zwierzęcych instynktów, lecz z powodu kumulacji przez lata wcześniej błędnych inwestycji kapitałowych. Obniżanie stóp procentowych przez banki otworzy drogę do takiego boomu, ale ponieważ brakuje na realizację inwestycji autentycznych oszczędności, cały boom skończy się kryzysem. Ratowanie bankrutów dodatkowymi pieniędzmi tylko wprowadzi dodatkowe wypaczenia, a trzymanie pieniędzy to nie “pułapka płynności”, tylko zmasowane błędy i bankructwa.

Można argumentować, że trochę niesprawiedliwie, iż Hayek występuje jako drugi, a Keynes nie ma szansy na odpowiedź. Choć jest to zgodne z historią faktycznej debaty między nimi: Keynes nie odpowiadał na argumenty Hayeka, lecz je ignorował, przedstawiając na nowo swoją tezę (a raczej, jak stwierdził sam Hayek, sofizmat “podziemnych” ekonomistów z XIX wieku). Sam Mark Blaug, wybitny historyk myśli, stwierdził, że nieodpowiadanie na argumenty Hayeka było “mistrzowskim pociągnięciem”.

Tak, czy inaczej, można by znajomości tego klipu wymagać jako podstawy do zaliczenia makroekonomii.

czwartek, 21 stycznia 2010

Kilka dni temu świat obiegła sensacyjna wiadomość: amerykański bank centralny zarobił rekordową sumę pieniędzy w roku 2009. Niby mamy poważną recesję, wysokie bezrobocie, rynek nieruchomości nadal w dołku, na rynku aktywów jakieś ożywienie, a tu zaskakująca informacja o zyskach Rezerwy Federalnej. Zatem chyba nie jest tak źle z amerykańskim systemem finansowym, skoro prezes Bernanke zdołał wypracować imponujący zysk? W końcu 46 miliardów dolarów wpłacanych przez Fed do budżetu powinno zrobić wrażenie?

Tymczasem rzeczywistość jest dokładnie odwrotna niż się ludziom wydaje: ogromne zarobki Fedu są sygnałem na to, że gospodarka amerykańska ma się fatalnie i zmierza w bardzo niebezpiecznym kierunku. Dlaczego? Odpowiedzi dostarczy nam chłodna analiza źródeł rzekomych zysków amerykańskiego banku centralnego. Okazuje się bowiem, że nadzwyczajne zyski są sygnałem na to, że jest źle, a nie dobrze.

Przyjrzymy się księgom Fedu, w takim zakresie, w jakim są dla nas dostępne. Otóż rok przed osiągnięciem swoich rekordowych zysków Bank posiadał w swoich aktywach blisko 500 miliardów dolarów aktywów „rządowych”. Mówiąc „rządowe” mam na myśli konkretnie obligacje skarbu państwa i aktywa emitowane przez Fannie Mae i Freddy Mac, czyli dwa parapaństwowe molochy z rynku nieruchomości, których wypłacalność jest gwarantowana przez budżet państwa. Tak czy inaczej można te papiery traktować jako państwowe, ponieważ Fannie i Freddy zostały przez państwo znacjonalizowane. W przeciągu całego roku 2009 Fed zaangażował się w agresywne interwencje na rynkach finansowych i zwiększył stan posiadanych przez siebie aktywów do poziomu 1,8 biliona dolarów, czyli ponad trzykrotnie. Tyle finansowego „złomu” widnieje na księgach Banku (długu publicznego, o który nie tak dawno zabijali się inwestorzy). Teraz przy tym ogromnym wzroście posiadanych aktywów 46 miliardów to jakieś 2,5% zarobku na aktywach, które gwarantuje bezpośrednio rząd (dodajmy jeszcze, że mając wcześniej znacznie mniejszy portfel, bo 500 miliardów Fed zarobił ponad 30 miliardów, co daje stopę zwrotu ponad 6%, czyli znacznie wyższą).

Tak zwane zyski „Fedu” nie oznaczają zatem żadnego wspaniałego ożywienia i powrotu lepszych czasów. Oznaczają raczej poprowadzoną do skrajności znaną już wcześniej sztuczkę nazywaną nieraz „policy mix”, czyli mieszankę polityki fiskalnej i pieniężnej. Nowy prezydent Obama zwiększa deficyt budżetowy do rekordowych rozmiarów. Wypuszcza na jego pokrycie obligacje, które gdzieś lądują na „prywatnym rynku”. W tym czasie Fed uruchamia swoje operacje, w ramach których drukuje pieniądze i skupuje państwowy dług. Następnie, gdy nadchodzi okres spłaty, państwo musi zapłacić Fedowi należności z tytułu tego długu. Ale to nie koniec. Wszak wbrew temu, co twierdzą niektóre spiskowe grupy, Fed wcale nie jest bankiem prywatnym, ponieważ nie wolno mu zatrzymać zysków z rządowego długu. Po potrąceniu ustawowych kilku procent, całość pieniędzy, które budżet zapłaci Fedowi… wraca do budżetu. W ten sposób współcześnie państwo uzyskuje zarobki z druku pieniądza, dając jednocześnie w prezencie opłatę dla swojego finansowego pośrednika. Oto w pigułce cała tajemnica drukarskiego koktajlu na zawołanie.

Niektóre agencje prasowe zupełnie na poważnie podają informacje, że zyski Fed pokazują, iż podatnicy zarobili na programach pomocowych. Sęk jednak w tym, że Fed zarobił na papierach rządowych, które gwarantuje rząd. A rząd jak za nie zapłaci Fedowi, to ten swój „zarobek” wpłaci… z powrotem w ręce rządu. Rozumując w ten sposób rząd i bank centralny mogą „zarobić” nieskończone zyski – bez końca przelewając sobie w kółko 100 dolarów na konta.

Albo jeszcze lepiej – niech Fed wydrukuje jeszcze 5 bilionów dolarów i kupi za to kilka spółek na giełdzie. Będzie mógł wpłacić do budżetu nie 50 miliardów, a kilka razy więcej, z tytułu zarobionej dywidendy.

A zatem jak widzimy tak zwane „zyski” Fedu to nie jest żaden dowód na to, że gospodarka amerykańska ma się dobrze. To jest dowód na to, że drukarze mają się nieźle, a państwo, w postaci Skarbu i Banku Centralnego, wzięło na siebie ogromne zobowiązania, które stawiają pod znakiem zapytania wypłacalność całego państwa amerykańskiego. A także uprawdopodabniają hipotezę o powrocie wysokiej inflacji (choć to cały czas scenariusz mniej prawdopodobny niż dalsza deflacja kredytu).

Przy okazji tego problemu warto by poruszyć kwestie księgowości samego amerykańskiego banku centralnego. W przeciwieństwie do większości instytucji finansowych, Fedu nie obowiązuje tak zwana zasada „mark to market”, czyli zasada, wedle której w przypadku straty wartości aktywów należy zmienić wartość w księgach. Jeśli Fed kupił papiery emitowane przez Fannie i Freddie, które nagle w wyniku urealnienia wyceny (np. w związku z zaprzestaniem przez Fed skupu aktywów na rynkach finansowych) stracą na wartości 50%, to Fed nie musi zaksięgować straty na tych aktywach (chociaż prywatne instytucje by musiały to jakoś zrobić).

Pytanie natomiast pojawia się, co jeśli Fed stanie przed koniecznością odsprzedaży posiadanych przez siebie aktywów, gdy będzie chciał zwiększyć stopy procentowe, lub powstrzymać ewentualną inflację. Wtedy może się okazać, że nie będzie w stanie sprzedać tych papierów po zaksięgowanych cenach. Aby chciały je nabyć prywatne banki, będzie musiał odpowiednio obniżyć cenę. A wtedy Fed nie będzie miał wyjścia innego niż zaksięgowanie faktycznych strat. Może się wtedy okazać, że Fed ma… ujemny kapitał.

Z takiej sytuacji wyjścia wydają się dwa. Albo nastąpi dokapitalizowanie z budżetu, czyli tym razem budżet będzie musiał wpłacić pieniądze na amerykański bank (byłaby to ciekawa sytuacja, w której to siła podatkowa wspiera siłę drukującą, a nie na odwrót, jak zazwyczaj). Albo nikt się niczym nie przejmie, bo co w sumie stoi na przeszkodzie, żeby Fed miał ujemny kapitał – w końcu to nie jest prywatna spółka, którą się handluje na giełdzie. Równie dobrze może działać jak dotychczas. Tylko czy wtedy nie wystąpiłby ostateczny krach dolara? Wartość zobowiązań przerosłaby wartość aktywów, a dolar nie miałby nawet pokrycia w papierowych zobowiązaniach państwowych (na wykresie poniżej widać, że kiedyś miał solidne pokrycie w złocie). Wydaje się to ciekawym tematem do dyskusji, co wtedy nastąpi.

Każdy z tych scenariuszy przekonuje nas co do jednej rzeczy: Fed jest prawdziwym bankrutem. Gdyby był prywatną spółką, spotkałby go los Lehman Brothers. „Jedyne”, co go trzyma przy życiu, to fakt, że otoczony jest solidnym parasolem ochronnym w postaci państwa amerykańskiego. Nie jest to relacja pasożytnicza, lecz symbioza. Do dyskusji pozostaje kwestia wytrzymałości tej symbiozy, która będzie się chroniła przed rozpadem tak, jak to tylko możliwe.

Przydałoby się wysłać ekspertów Międzynarodowego Funduszu Walutowego do USA, aby naprawić ich system finansowy. A ściślej: nie trzeba ich wysyłać – w końcu mają siedzibę w Waszyngtonie.

23:23, mateusz.machaj
Link Komentarze (21) »
poniedziałek, 11 stycznia 2010

Rok 2009 nie obfitował w tak burzliwe i ciekawe wydarzenia jak rok 2008, może nie licząc zakończenia najostrzejszej fazy wielkiej recesji 2008 roku. Na naszym polskim podwórku najciekawsze w ostatnim czasie były „afera hazardowa” i pomysł zmiany reformy emerytalnej w celu ratowania (na papierze) budżetu. Jeśli chodzi o „aferę hazardową”, to komisja śledcza niestety zajęła się niewłaściwą ustawą, ponieważ skupiła się na zamierzchłym projekcie, na który wpływali podrzędni lobbyści. Tymczasem autentyczną „aferą hazardową” jest to, jak ekspresowo ustalono w Polsce prawo, które ogranicza działalność gospodarczą na rzecz wielkich kasyn i loterii Lotto. Komisja tymczasem zamiast sprawdzić, kto, skąd i jak nagle przy pomocy Mariusza Kamińskiego i Donalda Tuska uchwalił w kilka tygodni to dyskryminujące prawo, woli się zajmować płotkami i wprowadzać legalną nieuczciwą konkurencję. Taka ironia losu, w Anglii mieliśmy do czynienia z klasycznym liberalizmem, w Stanach libertarianizmem, a w Polsce mamy unikalny liberalizm bielecki.

Druga równie ważna rzecz, a więc sugestia, aby zaprzestać przekazywania składek do OFE i zatrzymać je w systemie ZUSowskim, wywołała niemała burzę w mediach. Całkiem słusznie – niestety przeciwnicy tej decyzji mimowolnie bronili nieudolnego systemu OFE jakoby stanowił dobry plan ekonomiczny i sposób na zapewnienie bezpieczeństwa przyszłych emerytów. Prawda jest tymczasem taka, że ZUS tak jak i OFE zależy od decyzji politycznych, od decyzji budżetowych. Bynajmniej nie dlatego, że OFE posiadają aktywa, których wartość może ulegać zmianom pod wpływem decyzji rządu, lecz dlatego, że to rząd określa sposób funkcjonowania OFE, które przymusowo zabierają pieniądze obywatelom. W dodatku, co potwierdził wyrok sądu, środki gromadzone w OFE są de facto środkami publicznymi.

Tym, którzy twierdzą, że OFE są lepsze od ZUS, ponieważ „nasze pieniądze są odkładane na indywidualne konta” możemy odpowiedzieć, że w ZUSie też „nasze pieniądze są odkładane na indywidualne konta”. Ktoś naturalnie zaprotestuje, że w ZUSie te konta są papierowe, ponieważ pieniądze wpływają, a potem natychmiast wypływają dla obecnych emerytów. Jest to oczywiście spostrzeżenie trafne, ale podobne możemy poczynić w przypadku OFE. Tutaj pieniądze również nie są gromadzone na koncie, tylko wypływają zgodnie z dekretami państwa. W przeważającej większości na obligacje skarbowe (które potem dotują ZUS i obecnych emerytów), a w pozostałej części na zdefiniowane aktywa na polskim rynku kapitałowym. Rzecz jasna z procentem dla pośrednika, czyli Otwartych Funduszy Emerytalnych.

Gdy do tego dodamy fakt, że OFE tak naprawdę nie konkurują ze sobą, tylko tworzą kartel do konsumpcji kapitału oszczędzających (proszę zauważyć, że nie ma w OFE dziedziczenia takiego, jakie jest w autentycznym sektorze prywatnym), okaże się, że system OFE niesie ze sobą tak samo duże niebezpieczeństwa jak system ZUSowski. Potwierdza to dodatkowo fakt, że oferta OFE jest niezwykle płytka, jeśli porównamy ją chociażby do sektora dobrowolnego, gdzie funkcjonuje bardzo wiele różnych funduszy inwestycyjnych, które różnią się między sobą diametralnie w strategiach inwestowania. W przypadku OFE tego nie ma, ponieważ OFE jest państwowo zarządzanym kartelem.

Wniosek jest wobec tego taki, że racje mogą mieć ci ekstremiści, którzy twierdzą, iż nie ma drogi pośrodku. Albo system będzie dobrowolny i wtedy będzie autentycznie kapitałowy, albo system będzie przymusowy, tak jak w pełni państwowy ZUS, lub w postaci hybrydy państwowo-prywatnej czyli OFE, gdzie nie ma kapitałowości. W tym drugim przypadku system emerytalny poprzez swoją przymusowość wcale nie będzie przynosił bezpiecznej emerytury, lecz wprost przeciwnie: ogromne ryzyko dla każdego obywatela.

piątek, 04 grudnia 2009

W Polsce ciągle rację ma silny, a nie ten, kto ma rację

- Donald Tusk

 

Prezydent podpisał uchwaloną niedawno przez sejm ustawę, inspirowaną doktryną konserwatywnego socjalizmu, która ma na celu faworyzowanie wielkich graczy na rynku produkcji usług hazardowych, czyli innymi słowy kasyn i Lotto. Nawet jeśli niektórzy zarzekają się, że ich cele są zupełnie inne, to jest to nieistotne, ponieważ efekt pozostaje ten sam niezależnie od szminkowania ust zdobnymi frazesami: faworyzowane tą ustawą są kasyna i państwowa loteria Lotto. W dodatku ironią jest, że sejm zrobił to rękami ludzi, którzy mają odwagę pryncypialnym tonem określać się mianem „liberałów”, broniących wolności gospodarczej. Jednak okazało się kolejny już raz, że ten „liberalizm” ma więcej wspólnego z doktryną korporacjonizmu, znaną z faszystowskich Włoch, gdzie prężnie rozwijała się tradycja planowania gospodarczego i rządzenia poszczególnymi branżami przez korporacje. Najnowsza ustawa wspierająca kasyna i Lotto doskonale wpisuje się w tę włoską tradycję, państwowego kapitalizmu. Chłodne spojrzenie na sprawę z boku prowadzi nas natomiast do kilku wniosków.

Po pierwsze, rzekoma walka z hazardem wśród młodych jeszcze do niedawna nie była problemem. Z tego co mi wiadomo, Platforma Obywatelska nigdzie w swoim programie wyborczym nie wspominała o tym, że jest to poważny problem społeczny, który ma zostać rozwiązany. A teraz nagle okazało się, że jest to jakaś niezwykle paląca kwestia. Gdzie jest jakakolwiek społeczna analiza pokazująca ogromną szkodliwość jednorękich bandytów, albo korzystających z hazardu w internecie? I gdzie porównanie tego do problemów wynikających z picia alkoholu, palenia papierosów? I jak to się ma do obrotu, który generuje Lotto? Ile pieniędzy tygodniowo pochłania państwowa loteria, a ile jednoręcy bandyci? Brak takiej rzeczowej analizy i autentycznej dyskusji, które zostały zastąpione ustawowym TGV, sugerują wyraźnie, że cel ustawy był inny. Niby redukować etatów w administracji się nie da, podatków zmienić się nie da, budżetu też nie; żadne reformy wyjść nie mogą, bo system przeszkadza. Nic się w Polsce nie da zrobić. Ale jak trzeba wykończyć w parę tygodni jedną branżę – proszę bardzo. Sejm potrafił na zawołanie wysmażyć niezłego legislacyjnego fastfooda.

Po drugie, nie dotyczy to wbrew zapewnieniom rządu troski o młodych, ponieważ ustawa ma na celu delegalizację małych i średnich przedsiębiorstw z branży tak, aby zyskały na tym wielkie firmy (państwowy moloch i kasyna). Wodewilem są wystąpienia polityków, którzy mówią, że martwią się o biednych młodych ludzi, tracących rzekomo swoje kieszonkowe na gry na automatach. Związek ustawy z ochroną nieletnich jest powierzchowny i teatralnie podkreślany. To tak jakby kazać zamknąć w Polsce wszystkie sklepy sprzedające alkohol poza hipermarketami i twierdzić, że ma to na celu ochronę młodych przed piciem. Konfiskata 90% samochodów w Polsce też chyba by zmniejszyła liczbę wypadków.

Po trzecie, jeśli ktoś myśli, że jednoręcy bandyci to działalność, którą para się mafia, to naraża się nie tylko na żonglowanie sofizmatami, ale dodatkowo deprecjonuje wizerunek mafii. Otóż mafia nie jest instytucją, którą zakładają koledzy jedząc zapiekanki pod centrum handlowym, tylko ludzie, którzy tkwią znacznie głębiej w instytucjach i strukturach politycznych tego świata. Proszę nie obrażać mafii.

Po czwarte, aż trudno uwierzyć w źródła powstania ustawy. Jacyś podrzędni lobbyści dzwonią do ministra i proszą go o niskie podatki (pomijam już, że nie wiadomo, dlaczego to miałoby być problemem; zapewne prawdziwym standardem demokratycznym byłoby, gdyby zorganizowali blokady ulic). Potem podsłuchuje to jakaś służba i podrzuca stosowny materiał na biurko szefa, który daje się łatwo zmanipulować i włącza się w walkę polityczną. Następnie wraz z mediami wywarta zostaje presja na delegalizację tej branży w kilka tygodni, a tempo załatwiania sprawy łamie dotychczasowe standardy legislacyjne. Ktoś słusznie spytał: czy jeśli do ministra zadzwoniliby piekarze, to zamknęlibyśmy w Polsce 90% piekarni? I coś mi się jakoś dziwnie zdaje, że jeśli CBA ujawniłoby jakąś hipotetyczną rozmowę Jana Krzysztofa Bieleckiego, który dzwoni do jakiegoś ministra, aby gwarantować bankom depozyty rządowymi pieniędzmi, to pan premier wcale nie zdecydowałby się na zamknięcie w Polsce 80% banków.

Po piąte, ustawa mówiąca o zakazie „elementu losowego” pokazuje, że posłowie nie rozumieją, czym jest prawdopodobieństwo, głosując za taką lichotą. Kupowanie walut, akcji, instrumentów finansowych, też zawiera w sobie element losowy. Niektórzy co mądrzejsi ekonomiści nawet tworzą skomplikowane modele z wykorzystaniem rachunku prawdopodobieństwa, opisując te rynki. Czemu nie następuje delegalizacja rynku finansowo-kapitałowego, na którym także występuje element losowy? Nota bene wygląda na to, że firmy ubezpieczeniowe dostały tym samym szansę na intratny biznes. Dlaczegóżby bowiem nie miały oferować „ubezpieczeń na wypadek wygranej Manchesteru United”? W końcu chyba można jeszcze kupić ubezpieczenie przez internet?

Reasumując: ustawa nie ma związku z ochroną młodzieży przed hazardem, została wprowadzona w niezrozumiałych okolicznościach, jej uzasadnienie jest przepełnione hipokryzją, a jej głównym efektem będzie wsparcie państwowej loterii Lotto i właścicieli wielkich kasyn.

18:22, mateusz.machaj
Link Komentarze (12) »
 
1 , 2 , 3