|
Archiwum
Zakładki:
Polecam:
Mateusz Machaj
|
niedziela, 13 maja 2012
Właśnie znalazłem ciekawy film, tłumaczący na czym polega system fiat money. Gorąco polecam:
Film pokazuje świetnie jak wygląda dzisiaj dystrybucja nowej siły nabywczej, tworzonej w systemie fiat money przez banki. Dobrze tłumaczy „efekty Cantillona”, czyli redystrybucje biorącą się z tworzenia nowego pieniądza „z niczego”. Widzimy również czołowych beneficjentów, czyli rządy i emitentów pieniędzy. A także sponsorów, czyli posiadaczy kapitału i ludzi o sztywnych dochodach, niepowiązanych z rynkiem finansowym. Owoc odejścia od jakiegokolwiek pokrycia pieniądza kruszcem. W jednym ze swoich tekstów Oliver Blanchard stwierdził: „Kwestia, dlaczego średnie tempo przyrostu ogólnego czynnika wzrostu [TFP] wydaje się być mniejsze o 1% w USA od 1973, jest ciągle zagadką”. Chodzi o ten wykres (ze strony Davida Beckwortha): --- Zapraszam do lektury pozostałych wpisów na Kryzys Blogu: Mateusz Benedyk: Debata Paul Krugman vs. Ron Paul Jan Lewiński: To jeszcze nie koniec kłopotów Mateusz Benedyk: Czy Hiszpanom kończy się kasa?
czwartek, 05 kwietnia 2012
Jak donosi Shedlock, przytaczając wiadomość sprzed kilku dni, podobno greckie władze, aby dokonać zapowiedzianej zamiany obligacji musiały skorzystać ze środków na kontach uniwersytetów, szpitali i innych instytucji publicznych, które w pewnym zakresie posiadają autonomiczność dysponowania budżetem. Naturalnie nikt z ludzi władających tymi jednostkami w takiej sytuacji nie miałby nic do powiedzenia. Decydował premier i szef banku centralnego. Wraca stary centralizm.
--- Zapraszam do lektury pozostałych wpisów na Kryzys Blogu:
Stanisław Kwiatkowski:A kto by się martwił zwykłymi ludźmi? Mateusz Benedyk: Marek Belka honoruje rocznicę śmierci Friedricha Hayeka
czwartek, 22 marca 2012
Jak donoszą źródła, Bernanke właśnie odbywa serię wykładów na temat bankowości centralnej i standardu złota. Pierwszy wykład można sobie zobaczyć tutaj. Warto zajrzeć do prezentacji z tego wykładu tutaj. Jako że jestem fanem Bena Bernankego pozwolę sobie zwrócić uwagę na kilka z jego slajdów. Jeden bardzo ciekawy jest o roli banku centralnego jako „pożyczkodawcy ostatniej instancji”. Chodzi o pełnienie takiej funkcji, żeby pomagać bankom, które są solidne, ale mają problemy z bieżącym dostępem do gotówki. Co to znaczy, że są solidne? To znaczy, że długoterminowo ich inwestycje są bezpieczne, ale tylko w kasie chwilowo brakuje forsy. Dlatego potrzebny jest pożyczkodawca ostatniej instancji, który dostarczy potrzebnych środków. Na slajdzie 14 Bernanke przypomina „dictum Bagehota”, które jest „ciągle prawdziwe” o tym, jak powinien proces udzielania pożyczek wyglądać:
Niestety Bernanke w wykładzie nie wyjaśnił, jakim cudem to „dictum” jest rzekomo nadal aktualne, skoro Fed, podobnie jak EBC i inne banki łamie te dwie podstawowe zasady. Pożycza na coraz niższe stopy procentowe i pod zastaw coraz gorszych aktywów. Trudno doprawdy nie trząść głową w trakcie przemilczenia tego faktu i trudno uwierzyć, że Bernanke jak gdyby nigdy nic o tym mówi. Jakby nie było ostatnich 4 lat polityki pieniężnej. Ciekawy jest również oczywiście slajd o wadach standardu złota:
Przetłumaczmy. Problemem standardu złota jest to, że jeśli nie jest standardem złota (tylko częściowym i zmanipulowanym przez rząd) to zostanie poddany spekulacyjnym atakom. Przypomina to trochę twierdzenie, że problemem małego rządu jest to, że jeśli nie będzie mały, to będzie duży i poskutkuje wysoką nieefektywnością. Możemy żałować, że Bernanke nie powiązał w swoim wykładzie zjawisk całkowitego odejścia od pokrycia w złocie i wzrostu długu publicznego wraz z „finansjalizacją” gospodarki. Każdy, kto protestuje przeciwko długowi publicznemu, długowi prywatnemu i rozrostowi sektora bankowego, trwałej i wysokiej inflacji cenowej i wyparciem prywatnych oszczędności na rzecz kreacji kredytu, powinien się przyjrzeć, kiedy te zjawiska zyskały na sile i kiedy zlikwidowano jakiekolwiek, nawet szczątkowe, pokrycie walut w złocie. Update: Wpis na temat prawdziwych przyczyn istnienia banku centralnego skomponował George Selgin. Kudos Michał Gamrot. --- Zapraszam do lektury pozostałych wpisów na Kryzys Blogu: Stanisław Kwiatkowski:Kilka uwag o Amerykańskim Śnie
poniedziałek, 19 marca 2012
Ostatnio trochę czepiliśmy się Friedmana, to jak na złość może pochwalimy Keynesa, którego cytat z opublikowanej zaraz po pierwszej wojnie książki znalazłem na jednym z blogów. Szybkie tłumaczenie na kolanie:
Trochę przesadził, ale nie dziwi nas, w końcu był populistą większym niż Paul Krugman. Choć coś w tym chyba jest. Tylko dlaczego współcześni keynesiści chcą nas nieprzerwanie w te kajdany zakuwać i nieprzerwanie zwiększać dług publiczny? --- Zapraszam do lektury pozostałych wpisów na Kryzys Blogu: Jan Lewiński: Wspaniałe LTRO, a inflacja nawet lepsza Mateusz Benedyk: Czy LTRO działa? Mateusz Benedyk: Chorągiewka w górę?
sobota, 17 marca 2012
„Podejście Friedmana oznacza odrobinę mniej rządowej interwencji niż podejście Keynesa, ale podkreślam – odrobinę” Paul Krugman stwierdził na swoim blogu, że Milton Friedman był keynesistą. I ma na to całkiem konkretne dowody:
Krótko mówiąc, chodzi o to, że Friedman stosował dokładnie te same narzędzia analizy co keynesiści. Opierał się na koncepcji całkowitego dochodu nominalnego, uznawał makroekonomiczną nieefektywność systemu rynkowego w ustaleniu ogólnego poziomu cen, i optował za aktywną polityką pieniężną. W szczególności w czasach kryzysu, a więc za tym, co obecnie robi Ben Bernanke pod postacią poluzowania ilościowego. Warto jednak dodać, że Friedman krytykował Keynesa za politykę fiskalną. I tym się przede wszystkim różnił od swojego intelektualnego poprzednika. W zakresie jednak stosowanej analizy i popierania narzędzi interwencjonistycznych w skali makroekonomicznej można go uznać za częściowego „klona” Keynesa. Co mogłoby być wobec tego autentyczną opozycją wobec narzędzi analizy keynesowskiej? Zdezagregowane podejście do danych. Oznaczałoby to, że na kryzys należy spojrzeć z perspektywy błędów inwestycyjnych i przedyskutować, jaki porządek monetarny należy wprowadzić, żeby te błędy się nie powtarzały. I nie chodzi tutaj o maksymalizowanie jakiejś konkretnej zmiennej w stylu „PKB”, czy też osiągnięcie „potencjalnego PKB”. Z punktu widzenia realistycznej analizy takie coś jak „potencjalne PKB” jest bardzo problematyczne i w praktyce wprowadza tylko niepotrzebne zamieszanie oraz złudzenie, że państwowa polityka pieniężna, czy fiskalna może pomóc ten wyimaginowany poziom osiągnąć. --- Zapraszam do lektury pozostałych wpisów na Kryzys Blogu: Jan Lewiński: Wspaniałe LTRO, a inflacja nawet lepsza Mateusz Benedyk: Czy LTRO działa? Mateusz Benedyk: Chorągiewka w górę?
czwartek, 15 marca 2012
Ktoś rozpuszcza w przestrzeni medialnej ciekawe informacje. Bloomberg cytuje niemiecki tabloid „Bild”, który twierdzi, powołując się na anonimowych niemieckich parlamentarzystów, że niemieccy twórcy prawa zamierzają skontrolować działania Bundesbanku. Komitet parlamentarny ma sprawdzić, jak wygląda zarządzanie rezerwami złota, które znajdują się we Frankfurcie, Nowym Jorku, Londynie i Paryżu. Jak podaje to źródło, niemiecki audyt ponoć ma zastrzeżenia co do jakości przeprowadzanego zarządzania. Cały strach pojawił się podobno ze względu na ciągle rosnące operacje EBC (którego bilans jako procent PKB jest już większy nie tylko od bilansu Fedu, ale nawet od Banku Japonii). W efekcie rosną obawy o to, jak zarządza się rezerwami walutowymi, które mogą być kluczowe w wypadku rozpadu strefy. Ponoć ponad połowa złota z rezerw niemieckich jest poza granicami tego kraju. Nie wiemy, czy wojny walutowe już się zaczęły, ale możemy być pewni, że ktoś puszcza na ich temat bańki mydlane. Ile w nich prawdy, niebawem się przekonamy. A przy okazji były członek zarządu EBC Juergen Stark dołączył się do prezesa Bundesbanku w krytyce EBC za zbyt luźną politykę (źródło MarketWatch). Niektórzy sądzą, że „jastrzębie” zaczynają zwierać szeregi i szykują się do kontrataku. Warto jednak pamiętać, że nie są to prawdziwe „jastrzębie”, lecz raczej myszołowy zwyczajne. Prawdziwe jastrzębie pochodzą z Wiednia. A skoro już jesteśmy przy metaforach rodem z fauny i flory, to przepraszamy, że na blogu ostatnio głównie o Niemcach i Grekach, ale szczyt i dół łańcucha pokarmowego wydają się najbardziej interesujące. --- Zapraszam do lektury pozostałych wpisów na Kryzys Blogu: Jan Lewiński: Europa już walczy z kosmitami Mateusz Benedyk: Czy LTRO działa? Mateusz Benedyk:Chorągiewka w górę?
czwartek, 08 marca 2012
Stanisław Kwiatkowski wspominał o kwestiach związanych z uruchomieniem greckich CDSów, czyli ubezpieczeń na dług helleńskiej republiki. Aby zostały uruchomione, musi dojść do „zdarzenia kredytowego”. Co to jest zdarzenie kredytowe? To bardzo proste — występuje, jeśli kraj restrukturyzuje dług, redukuje go, lub nie spłaca. Niby proste, ale jak zaczniemy się wdawać w szczegóły, to opis może się wydać trochę trudniejszy, co jest dobrze tłumaczone w materiale CNBC:
Standard and Poors natomiast już ogłosił Grecję bankrutem, stwierdzając, że przeprowadza restrukturyzację, co by kwalifikowało się na uruchomienie CDSów. Z kolei ISDA, czyli ciało zajmujące się instrumentami pochodnymi, wydało oświadczenie, które zapowiadał SK, że nie doszło do „zdarzenia kredytowego”. Trudno oprzeć się wrażeniu, że przypomina to słynne tłumaczenie przez Johna Cleese’a zasad spalonego w piłce nożnej. Niby zaczyna się od prostych zasad, potem okazują się one bardziej zagmatwane, a na koniec wychodzi na to, że spalony jest wówczas, gdy sędzia podniesie chorągiewkę:
Najwyraźniej tak samo jest ze zdarzeniem kredytowym. Nastąpi, kiedy ISDA tak zagłosuje. Raport z głosowania jest tutaj. Kto głosował? Goldman i JP Morgan? Tak. Te same banki, które w razie, gdy nastąpi zdarzenie kredytowe, będą musiały wypłacać ubezpieczenia? Tak, te same. Well done, lads. Keep up the good work. --- Zapraszam do lektury pozostałych wpisów na Kryzys Blogu: Jan Lewiński: Europa już walczy z kosmitami Mateusz Benedyk: Monty Pythona skecz o greckich CDSach trwa
piątek, 02 marca 2012
Jak wszyscy zapewne wiedzą EBC uruchomił ciąg dalszy kolejnych operacji LTRO2, które dostarczają bankom zwiększonego dostępu do środków. Ot, kolejne pół biliona euro. Wszystko to dzieje się pod zastaw wątpliwej jakości aktywów. Jak donosi Fitch (wiadomość od Alphaville), ponoć włoskie banki uzyskują szczególnie korzystne warunki i mogą zastawiać gorszej jakości papiery. Dobrze tłumaczyłoby to ten wykres obrazujący finansowanie się banków komercyjnych w EBC przygotowany w raporcie Societe General: Krótkie objaśnienie wykresu: Niemcy mają się świetnie, bo widzimy europejski run na banki. Środki finansowe przepływają z krajów zagrożonych do Niemiec. Co ciekawe, wyraźnie wzmożoną potrzebę finansowania przez EBC widać na przykładzie Włoch, Hiszpanii i Francji. A co z Grecją i Portugalią? Źle. Tak źle, że tym bankom pozostaje najwyraźniej tylko ELA, czyli emergency liquidity assistance (dlatego nie widać ich na powyższym wykresie). Jaka jest różnica? Bardzo znacząca. ELA przeprowadza krajowy bank centralny i to oznacza, że wszelkie straty pozostają w danym banku centralnym. Nie są kolektywnie rozdzielane za pomocą Eurosystemu na wszystkie banki. W przeciwieństwie do pożyczek LTRO. O tym, że Grecja już odpływa ze strefy euro, może świadczyć ten komunikat EBC, z którego dowiadujemy się, że EBC przestaje akceptować papiery greckie jako zabezpieczenie:
„Wreszcie” chciałoby się powiedzieć. Prawie dwa lata po tym, jak zaczęliśmy słuchać zapewnień EBC, że papiery greckie są prawie najbezpieczniejsze na świecie. Ważnym punktem w całej układance jest postawa Jensa Weidmanna, czyli prezesa Bundesbanku, który dosyć twardo wypowiedział się o polityce EBC. I właśnie o LTRO, czyli o tych operacjach, które mogą przynieść kolektywnie pokrywane straty wewnątrz Eurosystemu. I na koniec podsumowanie ostatnich kilkunastu miesięcy: EBC już stał się większym lombardem niż Fed. Jego bilans wynosi ponad 3 biliony euro (Fedu ponad 2 biliony euro). --- Zapraszam do lektury pozostałych wpisów na Kryzys Blogu: Mateusz Benedyk: Monty Pythona skecz o greckich CDSach trwa Mateusz Benedyk: 111 ton złota dla bankowych bankrutów
czwartek, 23 lutego 2012
Blog variantperception zamieścił bardzo ciekawy materiał o rozpadzie strefy euro. Raport jest interesujący o tyle, że pokazuje na przykładach historycznych, jak dochodziło do rozpadu wcześniejszych unii walutowych. Dlatego nie będzie nic unikalnego w wypadku rozpadu strefy euro. Co więcej, wszystko wskazuje na to, że odbędzie się to za pomocą „niespodzianki”. Nie będzie raczej dyskusji o tym, jak ten rozpad ma wyglądać. On po prostu stanie się faktem i wtedy ludzie się o nim dowiedzą. Co więcej, w wypadku takiego zdarzenia będzie musiało dojść do kontroli kapitałowych i przymusowych redenominacji zobowiązań. Zapewne będzie to również oznaczało znakowanie banknotów i wycofywanie ich z obiegu. Najciekawsza dyskusja zaczyna się jednak na stronie 26, gdzie jest mowa o rozpadzie kartelu – Eurosystemu – w którym uczestniczą krajowe banki centralne. Tutaj autorzy cytują raport Nortona Rose’a o tym, że nic nie jest przesądzone i w zasadzie czeka nas przepychanka, ponieważ traktat z Maastricht nic nie precyzuje w tej materii. Sytuacja zatem wymagałaby negocjacji, kto w jakim stopniu przejmie aktywa posiadane przez EBC. A jak już mówiliśmy jakiś czas temu, brak równowagi w strefie euro jest zauważalny. Środki przepływają w ramach rozliczeń TARGET z krajów peryferyjnych do Niemiec. Dopóki EBC istnieje jako trwały system, dopóty nie ma to specjalnego znaczenia. Gdy jednak dojdzie do rozpadu strefy, wtedy sprawa się znacznie komplikuje. Poza tym wczoraj chciałem napisać, że roczne greckie obligacje (te z rynku wtórnego, bo Grecja oczywiście nie istnieje na rynku pierwotnym) przekroczyły diabelską granicę 666% stopy zwrotu, ale się spóźniłem, bo już jest 750% (zaraz po publikacji notki i trochę później może być i więcej). Ale w jeden dzień się sporo zmienia. Takie dyskonto oznacza, że jeśli ktoś oferuje odbiorcy obligację, zgodnie z którą grecki rząd zobowiązuje się zapłacić 100 euro w przeciągu roku, to inwestor jest gotów dać za nią mniej niż 12 euro. Patrząc na trend to i tak za dużo. Zobaczymy, co z tym będzie. Prawie 95% obligacji greckich jest emitowanych w oparciu o „greckie prawo”. A to oznacza, że po wystąpieniu Grecji ze strefy euro redenominacja (np. do drachmy) może nawet nie zostać potraktowana jako bankructwo i „zdarzenie kredytowe” uruchomiające ubezpieczenia (CDSy). Zapraszam do lektury pozostałych wpisów na Kryzys Blogu: Stanisław Kwiatkowski: Odmawiam współpracy Mateusz Benedyk: Węgry na luzie
czwartek, 16 lutego 2012
Jak wiadomo, Europejski Bank Centralny przejął na siebie funkcje lombardowe. Oznacza to, że akceptuje pod zastaw swoich operacji coraz szerszy zakres kiepskiej jakości papierów. Jednocześnie przy tym podejmuje się zakładu w postaci LTRO czyli Long-Term-Refinancing-Operations. O tych operacjach było głośno w grudniu 2011, gdy wyniosły kilkaset miliardów euro. W skrócie ich mechanizm jest bardzo prosty: są to długookresowe pożyczki udzielane bankom przez EBC na bardzo niski procent. Przeprowadzone po to, żeby banki następnie kupowały obligacje krajów zagrożonych bankructwem (tak, aby te nadal mogły się w miarę tanio finansować na rynku). Wewnątrz EBC dochodziło do poważnych tarć odnośnie do polityki prowadzonej przez Tricheta, który nie bał się angażować bezpośrednio na rynku obligacji państw zagrożonych. Niemcom się to zdecydowanie nie spodobało i zresztą nic dziwnego, ponieważ Charles Wyplosz nazywa jednak ten krok jednym wielkim bilionowym zakładem. W rzeczy samej zmieniamy tutaj na razie tymczasowo finansowanie niepewnych inwestycji. Jeśli bowiem się okaże, że niewiele się zmieni w polityce rządowych wydatków, to bankructwa pojawią się tak czy siak, w efekcie nakładając ogromne koszty na podatników (tylko że bardziej okrężną drogą):
Co ciekawe w wydanej kiedyś przez EBC broszurze było sugerowane, że operacje LTRO grają przede wszystkim rolę w pomaganiu małym bankom, mającym problemy z dostępem do rynku międzybankowego i finansowaniem się na rynku. Najwyraźniej rynek bankowy przechodzi ogromne przeobrażenia. Nie wiadomo tylko, czy wszystkie banki stały się tak małe, czy nie ma już małych banków. Albo najwyraźniej coś jest nie tak z dotychczasowymi naukami na temat funkcjonowania bankowości. Na koniec video: noblista Robert Engle na temat wielkich instytucji i systemowego ryzyka się z nimi wiążącego (znowu to ZDuBU, czyli Zbyt Duże, by Upaść):
Robert Engle: Kiedy patrzymy na te banki i analizujemy ich sytuację, to potrzebują dużo więcej kapitału, niż się mówi o tym w europejskiej prasie (…) ta sprawa musi zostać rozwiązana, te banki są bardzo niestabilne (…) Na koniec noblista nas troszeczkę postraszył, że sytuacja jest podobna do tej z lata przed upadkiem Lehman Brothers. Co za czasy – nawet świat finansowy dorobił się straszaka na miarę sformułowania „9/11″. --- Zapraszam do lektury pozostałych wpisów na Kryzys Blogu: Jan Lewiński: Porozumienie z Grecją dogadane, czyli Niemcy wyrzucą Greków ze strefy euro
Stanisław Kwiatkowski: Grecki konsensus w sprawie braku konsensusu
Mateusz Benedyk: Jak Zjednoczone Królestwo wychodzi z długów
wtorek, 07 lutego 2012
W swoim niedawnym wpisie Paul Krugman poinformował świat, że samo utrzymywanie stóp nominalnych banku centralnego na zerowym poziomie to mało. Przydałaby się inflacja na poziomie 4-5%, żeby stopy realne były dużo niżej od nominalnego zera:
Jak można by to ująć inaczej? To, że „stopy mają być zerowe, a inflacja 5%”? Może w ten sposób „Najbiedniejsza część społeczeństwa powinna płacić 10% więcej za energię, benzynę i żywność. Korzyści z tego powinny otrzymywać banki i bankierzy tonący w zalewie taniej gotówki uzyskiwanej nominalnie za darmo, a realnie za dopłatą od Bena Bernanke” (10% z grubsza oznacza, że znacznie więcej niż cel inflacyjny, ponieważ te dobra w koszyku inflacji drożeją najczęściej najbardziej).
Dziękujemy za to uściślenie, profesorze. Tylko, czy protestujący na Wall Street nie wpadną przypadkiem po drodze okupować siedzibę „New York Timesa”? --- Zapraszam do lektury pozostałych wpisów na Kryzys Blogu:
środa, 01 lutego 2012
Na przestrzeni ostatnich miesięcy pojawiło się kilka informacji na temat tego, że na bankructwie greckim Europejski Bank Centralny może ucierpieć na tyle, że sam zbankrutuje. Ostatnia informacja była na Mindful of Money. W połowie stycznia obawy wyrażał Der Spiegel. Już w zeszłym roku zerohedge ostrzegał, że spadek wartości rządowych papierów dłużnych ledwie o 4% będzie oznaczał, że EBC zbankrutuje; cytując dokument Open Europe. Wszystkie te źródła mają oczywiście rację, że sprawa z długiem greckim ma znaczenie dla tego, co dzieje się w bilansie Europejskiego Banku Centralnego. EBC ma swój „kapitał”, który w razie poniesienia strat na greckich i innych papierach nie będzie w stanie ich „pokryć”. Nie możemy jednak iść w tej obserwacji zbyt daleko. Jak mawiał klasyk:
Wtórowanie konieczności posiadania dodatniego kapitału wynika zapewne z tradycyjnego szkolenia w zakresie księgowości i teorii finansów. Tymczasem przydałoby się trochę austriackiej ekonomii. „Kapitał” prywatny nie jest tym samym co zapisany „kapitał” banku centralnego.
Po wprowadzeniu tej zmiany w zasadzie niemożliwe jest, aby Fed wykazał negatywny kapitał. Wszelkie straty wylądują po prostu na specjalnym odosobnionym koncie. Dzięki temu kapitał będzie formalnie zawsze dodatni, a gdzieś tam dalej może być konto, na którym księgowane będą ogromne ujemne sumy (więcej o tej historii tutaj): No i kolejnych wściekłości ze strony niemieckich ekonomistów. --- Zapraszam do lektury pozostałych wpisów na Kryzys Blogu, gdzie wpis ukazał się pierwotnie: Stanisław Kwiatkowski pisze o populizmie franuskich propozycji podatku Tobina. Mateusz Benedyk o prywatnych porządkach i publicznym zamiataniu pod dywan.
środa, 25 stycznia 2012
Obecnie trwają dosyć mocne przepychanki między Grecją a jej rozmaitymi wierzycielami. Do 20 marca 2012 roku musi coś się wydarzyć. Wtedy Grecja ogłosi, iż nie jest w stanie spłacić swoich zobowiązań nawet przy ustalonej redukcji długu o 50%. A to oznacza „niekontrolowane bankructwo”, a więc poważną zamieć na rynkach finansowych. Dlatego czynione są obecnie starania, aby jednak dojść do pewnych ustaleń przed 20 marca. Jedną z najważniejszych obecnie kwestii jest dyskusja o tym, czy redukcja długu greckiego o 50% (lub więcej) będzie oznaczała wystąpienie „zdarzenia kredytowego”. Otóż zdarzenie kredytowe to jest taka sytuacja, która pozwoli na „uruchomienie CDSów” (Credit Default Swaps), czyli po prostu ubezpieczeń na dług. Inwestujący w dług grecki zakupili sobie takie CDS między innymi od znanych i lubianych bankowych bohaterów Kryzys Bloga, a więc od Goldman Sachsa i JP Morgana. GS i JPM emitowały grecki CDS, to znaczy pobierały opłatę za wydanie obietnicy o tym, że w razie bankructwa Grecji wypłacą odszkodowanie. A dokładniej w razie wystąpienia „zdarzenia kredytowego”. Ileż tu stron sporu, a Grecja taka malutka. --- Zapraszam do lektury pozostałych wpisów na Kryzys Blogu, gdzie wpis ukazał się pierwotnie: Jan Lewiński zauważa, że EBC wciela się w doktora Frankensteina na rynko repo.
czwartek, 19 stycznia 2012
W swoim niedawnym wpisie Paul Krugman przywołał interesujący wykres, określany „krzywą Gatsbiego”. Krzywa interesująca, ponieważ obrazuje korelację między nierównościami dochodowymi a społeczną mobilnością. Na osi X przedstawiony jest współczynnik Gini, czyli nierówności dochodowych w społeczeństwie (im większy, tym większe nierówności). Na osi Y mobilność dochodowa międzypokoleniowa (jak bardzo wzrost o jeden procent dochodu rodzica wpływa na dochód dziecka, im większy tym wpływ większy). Wniosek jest taki, że im większe nierówności, tym mniejsza mobilność. Krótko mówiąc, społeczeństwo z bardziej nierównym podziałem dochodu wykazuje tendencję do tego, że dochód rodzica bardziej wpływa na dochód dziecka:
Jeśli te wykresy mogłyby nas czegokolwiek nauczyć, to tego, że zaraz po wojnie inflacja była mniejsza, ekspansja pieniężna mniejsza, podobnie jak ekspansja długu. Dzień wolności podatkowej również był wcześniej zaraz po wojnie, żeby przez następne lata zacząć rosnąć. Wszystkie te czynniki: wyższe opodatkowanie, wyższa inflacja, większy dług i druk pieniądza niewątpliwie przyczyniły się do wzrostu nierówności. Tylko, że źródłem tego jest owa keynesistowska polityka, a nie odejście od niej. Czy powrócić do tamtych czasów? Niższe podatki, mniejsza inflacja, mniejszy druk pieniądza i przyrostu długu? Czemu nie? Czy jednak o to chodziło Paulowi Krugmanowi? Jak to mawiają, be careful what you wish for. Od dzisiaj jestem umiarkowanym Krugmanistą.
===
Zapraszam do lektury pozostałych wpisów na Kryzys Blogu, gdzie wpis ukazał się pierwotnie:
Jan Lewiński opisuje w jaki sposób EBC ratowało Francję i Unicredito. Mateusz Benedyk pisze o wieżowcach i dlaczego źle wróżą Indiom i Chinom.
piątek, 13 stycznia 2012
Ten tydzień przyniósł wszystkich szokującą informację o tym, że stopy zwrotu na niemieckie półroczne papiery skarbowe były ujemne i wyniosły -0,01%. Od razu do głowy uderza nam wiele pytań – dlaczego ktokolwiek pożyczałby komuś pieniądze, wiedząc, że ten ktoś odda nam ich mniej? Dlaczego w ogóle komukolwiek pożyczać pieniądze na ujemny procent, skoro lepiej je po prostu trzymać i zachować pełną nominalną wartość? (realna może oczywiście spaść w wyniku inflacji, ale przy nominalnie ujemnym oprocentowaniu i inflacji stracimy rzecz jasna jeszcze więcej) Powodów może być kilka, ale wydaje się, że możemy wyróżnić dwa zasadnicze, gdyż wszystkie inne są wariantami jednego z dwóch. Po pierwsze, może to oznaczać, że dany papier wartościowy jest bezpieczniejszy niż trzymanie pieniędzy. Po drugie, może to oznaczać, że dany papier wartościowy jest ceniony nie względu na stopę zwrotu, którą nominalnie posiada, lecz z innych względów. Sądzę, że każdy z przypadków nominalnie ujemnego oprocentowania jest mieszanką obydwu czynników (w mniejszym bądź większym stopniu jednego i drugiego). W pierwszym scenariuszu sytuacja jest jasna. Otóż duże ilości pieniędzy ciężko trzymać pod łóżkiem. Można na koncie w banku, ale trzeba się liczyć z tym, że depozyt bankowy również pewności nie daje. Wprawdzie bankowe fundusze gwarancyjne ponoć ubezpieczają depozyty, ale dotyczy to przecież stu tysięcy euro. Powyżej tej sumy można stracić wszystko. Dlatego jeśli zaufanie do systemu bankowego słabnie i na przykład rośnie zagrożenie runami, to inwestorzy mogą preferować przeczekanie burzy i przerzucenie środków na rzecz obligacji uznawanych za najbezpieczniejsze. Wydaje się, że ten czynnik był szczególnie ważny po upadku Lehmana, gdy przy oczekiwaniach na dalsze bankructwa bankowe krótkoterminowe obligacje amerykańskie wyraźnie flirtowały z zerówką. Tak teoretycznie mogłoby być z niemieckimi obligacjami, ale rzeczywistość wskazuje na to, iż raczej tak nie jest. To znaczy do runów na banki dochodzi, ale wewnątrz strefy euro – zapadają się systemy bankowe krajów peryferyjnych, a do Niemiec napływają masowo depozyty. Jednakże niemiecki system bankowy nie wydaje się tak zagrożony, że lepiej zamiast depozytów posiadać obligacje niemieckie. Rekordowe depozyty są również odzwierciedlane ogromną niechęcią banków do pożyczania sobie nawzajem: banki komercyjne trzymają prawie pół biliona euro na kontach w Europejskim Banku Centralnym. Przykład ten, jakkolwiek absurdalny, pokazuje, że na rynku finansowym przestajemy mieć do czynienia z rynkiem, a zaczynami z dyrektywami biurokratów banków centralnych.
--- Zapraszam też do lektury pozostałych wpisów na Kryzys Blogu, gdzie wpis ukazał się pierwotnie: Jan Lewiński pisze o manewrach EBC w celu ratowania zagrożonej obniżką ratingu Francji (i UniCredit)
środa, 11 stycznia 2012
Dzisiejszy system jest kontestowany przez dwie radykalnie odmienne grupy. Greaterbostonteaparty.com przedstawił bardzo trafny rysunek oddający różnice między tymi grupami. Z jednej strony mamy ruch „oburzonych”, w którym dominują sentymenty marksistowskie (a zatem rozumowanie ekonomicznie przestarzałe, gdyż ekonomia ta zatrzymała się w rozwoju w 1867 roku). Moglibyśmy ich nazwać przeciwnikami kapitalizmu. Z drugiej mamy przeciwników korporatyzmu, czyli zwolenników zmniejszenia polityzacji, która jest źródłem problemów. Rysunek bardzo obrazowy:
Szybko jednak można zauważyć różnice, ponieważ antykapitaliści chcą: więcej podatków, więcej władzy rządowej, wydawania większej liczby pieniędzy niż się ma, dostępu do pieniędzy innych, przesunięcia bailoutów w inne miejsca i zmiany grup interesu korzystających na regulacjach rządowych. Innymi słowy, nie chodzi o zmianę systemu, lecz o zmianę beneficjentów tego systemu. Sposób finansowania ma się nie zmienić. Mają się zmienić jego stypendyści. === Zapraszam do lektury pozostałych wpisów na Kryzys Blogu, gdzie wpis został zamieszczony pierwotnie:
czwartek, 05 stycznia 2012
W trakcie boomu mało kto zwracał uwagę na to, że Europejski Bank Centralny i jego system nie jest jednym zunifikowanym tworem, a raczej kartelem kilku banków centralnych, w którym każdy krajowy bank centralny jest odpowiednio uczestnikiem tego systemu (udziałowcem – uprzedzając spiskowców od Fedu, nie, to nie oznacza, że EBC jest „prywatnie” posiadany). Kiedy teraz nadszedł czas problemów i tarć międzypaństwowych, coraz więcej obserwatorów i komentatorów zwraca na ten fakt uwagę, gdyż może być niezwykle istotny przy ewentualnym rozpadzie eurostrefy. Wybitny niemiecki makroekonomista, Hans-Werner Sinn, lansował tezę, że w tym systemie przy obecnym kryzysie Bundesbank jest dotującym pozostałe banki krajów strefy euro. Tezę tę dobrze ilustrują Tornell i Westermann. Jakiś czas temu zacząłem się zastanawiać, dlaczego wszystkie ważne instytucje UE znajdują się w Brukseli. Z wyjątkiem EBC, który ma siedzibę we Frankfurcie. Czy jest to tylko ukłon dla Bundesbanku, symbolu silnej waluty, czy też Niemcom bardzo zależało, aby EBC miał siedzibę u nich w kraju z innych powodów…? Co się na przykład stanie, jeśli Niemcy podejmą decyzję jako „wierzyciel” eurosystemu na papierze, że występują ze strefy, a inne kraje nie będą chciały tej decyzji zaakceptować?
--- Zapraszam też do lektury pozostałych wpisów na Kryzys Blogu, gdzie wpis ukazał się pierwotnie: Jan Lewiński pisze o porażkach Fedu, EBC i Chińczyków i ich wzajemnych powiązaniach. Mateusz Benedyk o runie na banki na w niektórych krajach strefy euro (zgadnijcie Państwo których).
środa, 28 grudnia 2011
Update na końcu. Jedną z najciekawszych obserwacji, na które pozwala współcześnie internet, jest powracanie do diagnoz i ocen z przeszłości. Szczególnie tych w wykonaniu tak wybitnych ekonomistów jak Joseph Stiglitz. W tym wypadku noblista jest bardzo szeroko rozpoznawany, gdyż jest jednym z nielicznych laureatów Nagrody, którego można by uznać za bardzo, bardzo lewicowego. Stąd naturalne jest, że otrzymuje ogromny posłuch, a jego książki sprzedają się w ogromnej liczbie egzemplarzy, nawet jeśli można znaleźć bardziej analityczne i skrupulatne książki o podobnych tematach. Stiglitz miał swój mały udział w pojawieniu się się bańki na rynku nieruchomości, gdy w 2002 roku został zatrudniony przez Fannie Mae, aby wydać im pozytywną rekomendację i opinię, że nie mogą zbankrutować. Podobnie jak Paul Krugman, który w 2002 roku pisał, że Greenspan musi obniżyć stopy procentowe i zastąpić bańkę Nasdaq na bańkę na rynku nieruchomości.
Na co wtrąca się Hugh Hendry, wybitny spekulant i przedsiębiorczy inwestor na rynkach finansowych, który dobrze zdaje sobie sprawę z sytuacji już na początku 2010 roku. I do profesora Stiglitza: „Halo, czy mogę coś Panu powiedzieć o świecie rzeczywistym?”
Stiglitz był właśnie takim ekonomistą w 2002, gdy twierdził, że Fannie Mae i Freddy Mac to porządne instytucje i stał się nim ponownie w 2010, gdy twierdził, że Grecja nie ma żadnych budżetowych problemów. Naturalnie błędy zdarzają się każdemu, aczkolwiek w przypadku Stiglitza zaskakujące jest to, że werbalnie kontestuje system, a faktycznie sprzyja jego utrzymaniu. Zapraszam też do lektury pozostałych wpisów na Kryzys Blogu, gdzie wpis ukazał się pierwotnie: Jan Lewiński pisze o zamiataniu długów EBC pod dywan. Mateusz Benedyk o europejskich bankach finansujących olbrzymią akcję kredytową w USA. Stanisław Kwiatkowski o życzliwości S&P wobec europejskich rządów (ale tylko do nowego roku). Update: Stanisław Kwiatkowski rozwija temat oszustw Greków i przymykania na nie oczy przez Stiglitza.
środa, 21 grudnia 2011
Obecnie politycy poświęcają dużo czasu na wspólne ugadywanie się, co do tego, przez które konto, jaką literką oznakowane, należy przepuścić publiczne pieniądze, żeby nikt się nie przyczepił, że ktoś łamie prawo. Jednocześnie skłaniają się powoli do podpisania umowy międzynarodowej o zobowiązaniu krajów do nienadmiernego zadłużania się. Stanisław Kwiatkowski pisze o szefie EBC Mario Draghim i jego niechęci do agencji ratingowych.
poniedziałek, 19 grudnia 2011
Poniższy wpis ukazał się pierwotnie na stronach Instytutu Misesa, w ramach premiery reaktywnowanego Kryzys Bloga. Serdecznie zapraszamy do lektury pierwszych wpisów: 1. O sekretnym, olbrzymim pakiecie pożyczek ratunkowych udzielanych przez Fed. 2. O Hiobowych wieściach dla Europy i świata.
Anatomia Kryzysu 2.0Krótka teoria kryzysów Kryzysy ekonomiczne można wyjaśnić w ogóle i w szczególe. Narracje generalizujące bywają ostatnio modne, dlatego pokusimy się o takową i zbudujemy model współczesnych kryzysów, który dobrze opisuje większość z nich. Otóż stawiamy tezę, że przepis na kryzys współczesnego typu wymaga zaistnienia trzech czynników, a są nimi: Kryzys na rynku amerykańskim Kryzys na rynku amerykańskim stanowił szczególny przypadek, wymagający w większej mierze analizy historycznej, ponieważ ogromną rolę odgrywały w nim rozmaite szczególiki techniczne – szczególiki techniczne, które umożliwiają spełnienie punktów drugiego i trzeciego. Niemniej jednak kryzys amerykański sprzed trzech lat jesteśmy w stanie opisać ogólnie, tak jak powyżej. Banki opierały się w swojej działalności na papierowym kapitale, systemie rezerw cząstkowych pod parasolem banków centralnych. Inwestowały jednocześnie w bardzo lewe aktywa, związane z amerykańskim rynkiem nieruchomości. Ceny tych nieruchomości rosły przede wszystkim w wyniku bezprecedensowej akcji kredytowej prowadzonej przez banki. Interpretacja regulacyjna a kryzys w strefie euro Po nastąpieniu kryzysu amerykańskiego pojawiło się wiele rozmaitych jego interpretacji. Sporo komentatorów zwróciło uwagę na mniejszą bądź większą rolę banku centralnego w obniżkach stóp procentowych. Cześć krytyków deprecjonowała jednak ten czynnik i zwracała uwagę na skomplikowanie instrumentów inwestycyjnych oraz systemów prawnych, co sprawiło, że inwestorzy nie mogli się do końca zorientować, w co inwestują. Co więcej, z tym podejściem często wiąże się również „interpretacja regulacyjna” kryzysu, zbudowana na wierze w to, że gdyby inaczej regulować system finansowy (bez poważnej zmiany jego podstaw prawnych), to kryzysu z pewnością dałoby się uniknąć. Kryzys 2.0, czyli wewnętrzny konflikt strefy euro Jak trafnie zauważa wielu obserwatorów, problemy strefy euro wynikają z połączenia centralnej władzy monetarnej i rozdrobnionych władz fiskalnych. Nikt tak trafnie nie zwraca na to uwagi jak Philipp Bagus w książce Tragedia euro. Wewnętrzny konflikt w strefie euro jest realny bez względu na to, czy jest się zwolennikiem, czy przeciwnikiem strefy euro. Europejski Bank Centralny jest kartelem krajowych banków centralnych, ale zachowuje cechy bardzo podobne do cech krajowego banku centralnego, tzn. sprzyja po cichu rynkom obligacji państwowych, doprowadzając jednocześnie do tego, że długi państwowe są pośrednio monetyzowane. Naturalnie bank centralny nie kupuje bezpośrednio obligacji od rządu. Może to jednak robić przez pośrednika, rynki finansowe i nabywać dług właśnie na rynku wtórnym lub akceptować go jako zabezpieczenie w procesie pożyczkowym. Ta procedura państwowej produkcji pieniądza stanowi główną przyczynę istnienia ogromnych długów publicznych. Nie jest zbiegiem okoliczności to, że eksplozja długów publicznych w czasach pokoju w krajach zachodnich zbiegła się z momentem całkowitego uniezależnienia produkcji pieniądza od jakichkolwiek rynkowych hamulców (czyli od momentu odejścia od systemu z Bretton Woods). Rozwiązania korzystne i fikcyjne Warto tu wspomnieć o różnych możliwych rozwiązaniach tej sytuacji. Jednym z nich jest rozwiązanie zdroworozsądkowe i korzystne – ujawnienie lewizny w aktywach i przywrócenie roli dla prawego kapitału. Pierwsze oznacza de facto bankructwo i kontrolowane upłynnienie zbankrutowanych krajów oraz banków (w tym scenariuszu w trosce o masy można nawet uratować wszystkie depozyty bankowe). Drugie oznacza przywrócenie rynkowej produkcji pieniądza. Wspólną europejską walutę można uratować, o ile naprawdę się ją wprowadzi. Obecnie jest to wspólna waluta, ale europejskich polityków. Mateusz Machaj
czwartek, 27 października 2011
Na łamach magazynu "Trend - miesięcznik o sztuce inwestowania" ukazał się wywiad pt. Obecna strefa euro musi się "skończyć". Zapraszam do lektury.
poniedziałek, 26 września 2011
Prawdopodobnie ważniejszym argumentem na rzecz alternatywnej polityki monetarnej, zanim się obniży stopy overnight do zera, jest zapewnienie społeczeństwa, że osiągnięcie poziomu zero nie zostanie zinterpretowane jako sytuacja, w której bankowi centralnemu „skończyła się amunicja”. To znaczy, żeby niskie stopy nie sprzyjały wrażeniu, że polityka pieniężna jest nieefektywna. Ben Bernanke, 2004[1]
Obecny kryzys można próbować tłumaczyć na różne sposoby. Dotyczy to zarówno źródeł samego kryzysu, jak i sposobów jego zwalczania. Co do samej istoty, kryzys można łatwo zaobserwować, zaglądając do księgowości wielu firm, a jego istotę da się podsumować następującym stwierdzeniem: po prawej stronie nic nie jest prawe, a po lewej stronie wszystko jest lewe (luźne tłumaczenie: on the right side nothing is right, and on the left side there is nothing left). Krótko mówiąc, oznacza to, że aktywa banków (lewa strona) są przeszacowane, a ich inwestycje błędne. Kapitał banków (pasywa) jest za mały i nie składa się z dobrowolnych oszczędności, lecz jest w dużej mierze rezultatem obecnego systemu rezerw cząstkowych sterowanego przez bank centralny i jego papierową politykę pieniężną. W celu zaradzenia kłopotom należałoby wobec tego coś zrobić z tymi zaśmieconymi bilansami, a przede wszystkim tak zmienić system pieniężny, aby do takiego zaśmiecania nie dopuścić kolejnym razem. To nie interesuje jednak ani amerykańskiego, ani europejskiego banku centralnego. Kartele bankowe nie chcą słyszeć o jakichkolwiek stratach, likwidacjach czy drobnych korektach. W dodatku informują społeczeństwa, że przecież nie można dopuścić do upadku banków, ponieważ byłaby to kompletna katastrofa i koniec świata (jakby nie dało się na przykład uratować depozytów ludności przy jednoczesnym wyczyszczeniu skażonego sektora bankowego). Dlatego w świetle założeń dotyczących konieczności ratowania banków za wszelką cenę władze państw kontynuują strategię, która ani nie przyspieszy wyjścia z kryzysu, ani nie uratuje nas przed kolejnymi. Zaangażowane w interwencje banki centralne i rządy dalej podtrzymują sytuację, w której prawa strona jest jeszcze mniej prawa, a lewa strona ani trochę nie przestała być lewa. Jednym z takich ważniejszych działań było paniczne pompowanie rezerw przez Rezerwę Federalną i obniżanie stóp procentowych do poziomu zerowego. Dopóki jednak nie nastąpi nacjonalizacja całej gospodarki, dopóty resztki mechanizmu rynkowego będą wskazywać na to, że redystrybucja kosztów poniesionych strat nie zlikwiduje samych strat. Jedno, co udaje się osiągnąć taką polityką, to stworzenie wrażenia „pułapki płynności” — pieniądze zostają wykreowane i wtłoczone w chodzące finansowe zombie, upadające banki, które zamiast pożyczać i wpuszczać pieniądze na rynek, „siedzą” na tych rezerwach. Jak jednak można oczekiwać, by rozpoczęły aktywną politykę kredytową, skoro w systemie ciągle jest wiele aktywów, których wartość rynkowa wynika z tego, że bank centralny bez przerwy interweniuje na rynku? Nie ma się co dziwić, że pieniądze nie idą „na rynek”, skoro kreatorem rynku, obecnie ostatnią instancją rynku finansowego, jest sam bank centralny. Ben Bernanke jako akademik doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Wiedział, że taka „pułapka płynności” nie stanowi rezultatu sił rynkowych, lecz jest konsekwencją przyjmowanej keynesistowskiej polityki. Dlatego w 2004 roku opublikował artykuł na temat narzędzi, które należy zacząć stosować w momencie zbliżania się do niebezpiecznej granicy zera procent na pożyczki udzielane przez bank centralny. Wśród tych narzędzi wymienił trzy: (1) Wpływanie na oczekiwania co do stóp procentowych (2) Zwiększanie bilansu banku centralnego (3) Zmianę kompozycji bilansu banku centralnego Pierwsze z wymienionych narzędzi oznacza konieczność utrzymywania niskich stóp procentowych i gotowość udzielania nisko oprocentowanych pożyczek bankom. Co więcej, to utrzymywanie musi być zakomunikowane społeczeństwu. Nie można dopuścić do sytuacji, w której rynek oczekuje wzrostu stóp. Należy więc bez przerwy przekonywać ludzi i dawać im do zrozumienia, że bank centralny będzie utrzymywał krótkoterminowe stopy procentowe na niskim poziomie tak długo, jak długo będzie tego wymagała sytuacja. Druga operacja polega na zwiększaniu ilości posiadanych aktywów przez bank centralny. Oznacza to zakupienie dodatkowych obligacji skarbowych przez amerykański bank centralny. Ta operacja nie musi jednak dotyczyć tylko rządowego długu. Może również polegać na skupowaniu długu korporacyjnego i prywatnych zobowiązań, a także wszelkich instrumentów pochodnych, na przykład powiązanych z rynkiem nieruchomości i kredytów hipotecznych. Konsekwencją tego typu działań jest podbijanie cen aktywów i zwiększanie podaży pieniądza w obiegu. Tę operację znamy jako „poluzowanie ilościowe” (quantitative easing). Trzecie narzędzie jest powiązane z wcześniejszym, dotyczy bowiem polityki bilansowej banku. W tym wariancie bank centralny nie musi zwiększać ilości posiadanych aktywów, lecz może zmienić formę aktywów, które posiada (obydwie operacje da się przeprowadzać jednocześnie). Może na przykład zamienić posiadane obligacje skarbowe na rzecz długu prywatnego (tak jak to się działo zaraz na początku kryzysu pod koniec 2008 roku). Można się również zaangażować w oficjalnie ogłoszoną kilka dni temu operację „Twist”, w której bank centralny pozbywa się części posiadanych krótkoterminowych papierów rządowych na rzecz zakupienia papierów długoterminowych (na przykład zamiast dwuletnich przerzucenie się na trzydziestoletnie). To narzędzie ma służyć nie tylko do „obniżania stóp”, ale do obniżania stóp na wielu różnych rynkach. Na przykład nie tylko rentowności obligacji, lecz również prywatnego długu, nie tylko na krótkoterminowych obligacji, lecz także długoterminowych. Co ciekawe, w swojej publikacji z 2004 Bernanke wskazał na niebezpieczeństwa operacji trzeciego kalibru:
Najważniejsze w artykule Bernankego z 2004 roku było jednak to, że stanowił on zapowiedź możliwej nieefektywności polityki pieniężnej przy stopach równych zero. Co należy wtedy zrobić? „Bez nerwów — zdawał się informować Bernanke — Możemy przecież przekonywać społeczeństwo, że stopy będą długo na niskim poziomie, możemy kupować więcej aktywów z rynku i drukować na to pieniądze, możemy wreszcie zmieniać rodzaj posiadanych aktywów”. A wszystko po to — jak zaznaczono w motcie niniejszego tekstu — aby zapewnić społeczeństwo, że bank centralny kontroluje sytuację i ma pełny magazynek. Od trzech lat Bernanke podąża właśnie tą drogą — obniża stopy, przekonuje, że będą niskie, drukuje pieniądze, kupuje rozmaite papiery, zmienia kompozycję posiadanych aktywów. Niedawnym finałem tych działań jest operacja „Twist”. Nic dziwnego, że w internecie pojawiły się złośliwe komentarze, że teraz pozostaje już tylko „Shout”, skoro wszelkie argumenty na to, iż „nie kończy się amunicja”, zostały wyczerpane, czego Bernanke dowiódł w artykule z 2004 roku. Teraz pozostaje tylko strzelać ślepakami i iść dalej w stronę centralnego planowania oraz wyższej inflacji. Na koniec Opozycja przeciw działaniom banków centralnych zaczyna rosnąć w siłę nawet w „głównym nurcie” ekonomii. Trzech członków władz Rezerwy Federalnej nie poparło nowych interwencji. Wśród nich znalazł się Charles Plosser. W jednym z wywiadów dobrze oddał naturę obecnych problemów związanych z polityką pieniężną:
[1] Bernanke, Ben S., i Vincent R. Reinhart 2004. „Conducting Monetary Policy at Very Low Short-Term Interest Rates”. American Economic Review, 94(2). [2] Ibidem.
czwartek, 15 września 2011
W ostatnim czasie byliśmy świadkami spektakularnego umocnienia się franka szwajcarskiego. Także w tym okresie pojawiły się stare opinie o tym, że aprecjacja krajowej waluty bywa zabójcza dla gospodarki ze względu na duszenie jej możliwości eksportowych. W momencie osłabienia się zagranicznych walut względem krajowej eksporterzy notują mniejsze przychody wyrażane w ich rodzimej walucie. To spostrzeżenie towarzyszy poglądowi, że osłabianie krajowej waluty jest dobrym sposobem na wzrost gospodarczy, ponieważ stymuluje sektor eksportowy. Tymczasem prawda jest zupełnie inna.
Długi okres i silny eksport Przede wszystkim należy rozróżnić dwa odmienne typy aprecjacji: długookresową i krótkookresową. Krótkookresową można utożsamić z wahaniami wynikającymi z daleko idącej destabilizacji międzynarodowych rynków i wiążącą się z tym paniką, prowadzącą do ucieczki w jedną z walut (co powoduje jej aprecjację). Długookresowa natomiast odznacza się trwałym wzrostem siły danej waluty, widocznym w ciągu kilku i kilkudziesięciu lat. Współcześni wyrafinowani merkantyliści nie są zwolennikami nakładania ceł i uderzania przez to w handel międzynarodowy, niemniej jednak sprzyjają pomysłom osłabiania waluty w celu stymulowania eksportu i osiągania dzięki temu przewagi konkurencyjnej. Tymczasem gdy przyjrzymy się długookresowo szczególnie interesującym przypadkom, dojdziemy do trochę innej konkluzji. Skupmy się na przykładzie Niemiec, Japonii i Szwajcarii. Wszystkie te kraje można uznać za odnoszące eksportowe sukcesy. Zbadajmy kursy ich walut, a za punkt odniesienia przyjmijmy amerykańskiego dolara, który po drugiej wojnie światowej powinien być uznany za jedną z mocniejszych walut. Cena marki niemieckiej wyrażona w dolarze kształtowała się w następujący sposób: Źródło: Wikicommons.
Od momentu upłynnienia kursów walutowych w latach 70. niemiecka marka rozpoczęła długookresowy wzrost wobec dolara. Spotykamy się z dwoma znaczącymi wyjątkami od tej reguły — na początku lat 80. i w drugiej połowie lat 90. Te wyjątki łatwo zrozumieć w kontekście ówczesnej polityki gospodarczej USA. Na początku lat 80. znany inflacyjny jastrząb, Paul Volcker, przeprowadził prawie deflacyjną politykę pieniężną, monetarną dyscyplinę, która poskutkowała wzmocnieniem dolara. Z kolei druga połowa lat 90. to moment, gdy amerykański bank centralny podniósł stopy procentowe do poziomu 6% (ktoś pamięta jeszcze te czasy?) i utrzymywał je na wysokim poziomie do początku XXI wieku. Warto dodać, że prezydent Bill Clinton prowadził w tamtym czasie skromną jak na dzisiejsze standardy politykę fiskalną. Pomijając zamiatanie pod dywan problemów systemu socjalnego, należy podkreślić, że dzięki tymczasowemu zmniejszeniu wydatków militarnych udało się na moment wypracować formalnie nadwyżkę budżetową. Z tych dwóch powodów dolar okazał się w tamtym czasie silniejszy od marki[1]. Mimo tych dwóch epizodów należy uznać, że stan niemieckiej marki w drugiej połowie XX wieku na tle dolara był całkiem korzystny. Przyjrzyjmy się teraz kursowi japońskiego jena wyrażonego w dolarze od lat 70. (czyli upłynnienia kursów; wcześniej w systemie z Bretton Woods kurs był sztywny):
Podobnie jak w przypadku marki niemieckiej wyraźnie widzimy imponujący wzrost kursu jena wobec dolara. Analogicznie do tamtej waluty osłabianie się jena przypada na pierwszą połowę lat 80. i drugą połowę lat 90. (choć w mniejszym zakresie). Długookresowo jen japoński powinien być uznany za mocną walutę. Pozostaje nam porównanie franka szwajcarskiego do dolara amerykańskiego od lat 70., choć możemy się domyślić, jak będzie wyglądał wykres: Pierwsza połowa lat 80. i druga połowa lat 90. to okres, w którym dolar był silniejszy. Poza tym czasem notowano efektowny wzrost w długim okresie franka szwajcarskiego. Wszystkie trzy waluty można uznać za mocniejsze od amerykańskiego dolara; a przecież i samego dolara nie można uważać za słabą walutę. Gdybyśmy za standard przyjęli inną walutę, okazałoby się, że te waluty są jeszcze mocniejsze. Jakie możemy wyciągnąć wnioski z długookresowych kursów jena, franka oraz marki niemieckiej? Okazuje się, że silna waluta wcale nie oznaczała śmierci sektora eksportowego w tych krajach. Wręcz przeciwnie, silna waluta współwystępowała z rozwijającym się sektorem eksportowym. Jak wytłumaczyć to zjawisko, skoro słaba waluta nominalnie zwiększa przychody eksporterów? Otóż silna waluta w długim okresie oznacza makroekonomiczną stabilność. Świadczy o relatywnie niskiej inflacji, niskich stopach procentowych, a przez to o dostępie do monetarnego kapitału o dużej sile nabywczej. Oznacza również możliwość finansowania zagranicznym napływem kapitału. Sprzyja to także krajowej akumulacji i zwiększaniu oszczędności. Wreszcie należy pamiętać, że duża część importu kraju to import produkcyjny, surowców i technologii. Dzięki mocnej krajowej walucie wszyscy przedsiębiorcy w danym kraju (także eksporterzy) mogą w dużym zakresie korzystać z tanich dóbr produkcyjnych z zagranicy i produktywnie angażować się w międzynarodowy podział pracy. Teza o tym, że w celu rozwinięcia sektora eksportowego kraj potrzebuje słabej lub dewaluowanej waluty, to jeden z najbardziej rozpowszechnionych sofizmatów ekonomicznych, który nie znajduje potwierdzenia ani w faktach, ani w logice ekonomii. Długookresowo kraj potrzebuje silnej waluty, aby się rozwijać. Jej osłabianie powoduje zwiększanie inflacji, makroekonomicznej niestabilności i przymusowe nakładanie kosztów na wszystkich obywateli w celu krótkookresowego stymulowania kilku eksportowych branży. W długim okresie ta polityka zaczyna jednak działać wbrew zamierzeniom i skutkuje pogorszeniem sytuacji produkcyjnej całego kraju[2].
Krótki okres i interwencja banku szwajcarskiego Pozostaje nam do rozważenia kwestia interwencji na rynku walutowym, którą zdecydował się przeprowadzić szwajcarski bank centralny. Zauważmy, że długookresowo frank szwajcarski jest walutą, która się umacniała i która najprawdopodobniej będzie się umacniała (krótkookresowa, paroletnia bańka na rynkach wschodzących, w tym Polski, raczej tego nie zmieni). Nie to jednak przeszkodziło bankowi szwajcarskiemu. Chodzi raczej o napływ panikującego kapitału na rynku europejskim, który jest realokowany od europejskich aktywów i waluty euro do franka. W wyniku tego kurs został podbity w krótkim czasie do bardzo wysokiego poziomu. Oprócz stabilnej długookresowej aprecjacji, która jest dla franka naturalna, zauważyliśmy gwałtowną i lawinową aprecjację w krótkim okresie. Szwajcarski bank zdecydował się zainterweniować, ponieważ nie widzi w tym napływie znaczących korzyści dla gospodarki i jednocześnie spekuluje, że ten napływ jest krótkotrwały, a w związku z tym można go zamortyzować odpowiednimi interwencjami. Zwróćmy uwagę, że ta interwencja jest odmienna od przeprowadzanych w przeszłości w przypadku innych walut (np. w przypadku ataku George’a Sorosa na funta brytyjskiego). Kraj zazwyczaj stara się interweniować na rynku walutowym, gdy kurs krajowej waluty spada i gwałtownie się osłabia. Aby taki spadek zatrzymać, korzysta z posiadanych rezerw walutowych i zaczyna je sprzedawać. Oznacza to, że amunicja może się w pewnym momencie wyczerpać — ograniczeniem są rezerwy, których bank centralny drukować nie może (drukują je bowiem inne banki centralne — z tego powodu niedawno bank Islandii musiał skapitulować, ponieważ nie dostał europrezentów z banknotami od prezesa EBC, tak jak Irlandia czy Grecja). Bank Szwajcarii interweniuje w drugą stronę — nie wypuszcza rezerw na rynek, aby zmniejszyć ich cenę, tylko je skupuje, tworząc przy tym nowe franki szwajcarskie. Wszystko po usztywnionym kursie 1,2 do euro (frank w przybliżeniu w cenie 83 eurocenty). Na rynku walutowym nie ma odważnych kupujących franki za więcej niż 83 eurocenty, skoro można iść do banku centralnego i dostać je właśnie za tę cenę. Problem polega jednak na tym, że bank szwajcarski musi swoje franki drukować. A to oznacza, że rośnie ilość podaży pieniądza w obiegu, co po jakimś czasie przełoży się na wzrost cen i zmniejszenie makroekonomicznej stabilności Szwajcarii. Bank zapewne wychodzi z założenia, że ma bezpieczną exit strategy. Wydaje mu się, że napływ kapitału do franków nie jest „realnym” napływem. Zostanie on odwrócony, a nowe pieniądze bardzo szybko wyparują i nie trafią na rynek. W momencie gdy sytuacja się uspokoi i nastąpi poprawa, franki szwajcarskie będzie można ściągnąć z rynku, po prostu sprzedając te dodatkowe rezerwy walutowe (kupione po interwencyjnym kursie). Z tym podejściem wiąże się jednak poważne ryzyko, ponieważ wbrew pozorom istnieje granica dla interwencji banku. Od teraz każdy napływ kapitału oznacza monetarną ekspansję i przyrost ilości pieniądza w obiegu. Oznacza to zatem jednocześnie bardzo inflacyjną politykę za każdym razem, gdy inwestorzy przerzucają się na franka. Granicą działań jest wobec tego krajowa inflacja, którą będzie gotów zaakceptować bank. Kapitał napływał do franka również dlatego, że oczekiwano jego wzrostów. Spekulanci walutowi starali się na tym zrobić. Niemniej jednak pierwotna przyczyna była zupełnie inna — strefa euro się rozpada. Jest nie do utrzymania w obecnej formie. Musi nastąpić albo pełna integracja polityczna, na co się nie zanosi, albo bankructwo czy też wykluczenie krajów o wysokim ryzyku fiskalnym (takich jak Grecja)[3]. Dlatego nawet jeśli kurs euro wobec franka jest usztywniony, to odpływ kapitału nie zostanie zatrzymany. Zatrzymany jest jedynie dalszy wzrost kursu. Mimo to wielu nadal postrzega franka jako bezpieczną przystań, o którą warto zahaczyć, gdy strefa euro się rozsypuje. Oznacza to, że przy ciągle napływającym kapitale bank Szwajcarii musi drukować więcej i więcej franków. Skutkiem tego bardziej rośnie potencjał inflacyjny. Chociaż tymi frankami obraca się głównie na rynku finansowym, złudne jest przekonanie, że nie trafią na rynek aktywów, rynek kapitałowy, a w końcu do jakiegoś przedsiębiorcy. Jaką bank ma gwarancję, że nowe franki trafią do szuflady i nie zostaną wydane? Nie ma żadnej. Część z tych franków jest wymieniania na aktywa (a nie trzymana w depozycie w banku centralnym Szwajcarii), w związku z czym franki trafiają na rynek i podnoszą ceny. Jeśli w dodatku okaże się, że problemy euro nie są przejściowe, i dojdzie do nieprzewidywalnego rozpadu strefy, bank może się przekonać o tym, że trzyma w swoim bilansie śmieciową walutę (jeśli euro straci na wartości). Wtedy będzie musiał zaksięgować straty na swoich aktywach i prosić o rekapitalizację ze strony budżetu, a więc podatników. Zwłaszcza że część „udziałów” szwajcarskiego banku centralnego ma charakter komercyjny.
Konkluzja Mocna waluta, w przypadku Szwajcarii — mocny frank, nie jest gospodarczym problemem. Dużo większy problem mają kraje, których waluta radykalnie się osłabia (choć tracą na tym wszyscy uczestnicy handlu). W długim okresie silna waluta zbudowała potęgi gospodarek Niemiec, Japonii czy Szwajcarii. Niedawna krótkookresowa interwencja szwajcarskiego banku centralnego jest ryzykownym zakładem na przekór rynkowi, który ma na celu przyniesienie tymczasowej ulgi cierpiącym eksporterom. Jednak zakład ten niesie ze sobą ryzyko dla całej szwajcarskiej gospodarki w postaci wyższej inflacji i kosztów przerzucanych na podatnika. W późniejszym okresie rodzi to także ryzyko dla samych eksporterów.
[1] Dodajmy, że w ten weekend minęła właśnie 10. rocznica zaprzestania tej amerykańskiej polityki. Właśnie od września 2001 roku rozpoczęło się amerykańskie szaleństwo fiskalne i pieniężne. Bank centralny obniżył stopy procentowe nominalnie do 1%, a realnie w pewnym momencie do poziomu ujemnego. Prezydent George Bush rozpoczął jednocześnie serię wojen, które obok prywatnej ekspansji kredytu przyczyniły się do ogromnego wzrostu zadłużenia amerykańskiego systemu finansów publicznych. Bin Laden dokonał nie tylko zamachu terrorystycznego, lecz doprowadził także do zamachu na całą amerykańską gospodarkę, ponieważ pośrednio pomógł powrócić na wokandę keynesowskim prestidigitatorom (również tym rozprawiającym o rzekomych gospodarczych błogosławieństwach wojny, ataków kosmitów i terrorystów). [2] Jeden z komentatorów zwrócił uwagę, że w tym artykule wskazuję na „nominalny” kurs walutowy, a nie „efektywny kurs realny”. W istocie – rozważamy bowiem rynkowy kurs walutowy determinowany przepływami kapitałowymi, które z kolei między innymi zależą od krajowych polityk pieniężnych o inflacyjnym charakterze. Ponadto bronimy tezy, że wysoki nominalny kurs jest oznaką długookresowej siły gospodarczej danego kraju. [3] W tym miejscu warto zauważyć, że – jak podaje Bloomberg – pomimo działań zaklinaczy płynności spod znaku Brukseli i Frankfurtu rynek wycenia prawdopodobieństwo bankructwa Grecji na 91%. W dodatku – co umknęło większości mediów w Polsce – niemiecki Trybunał Konstytucyjny, ogłosiwszy, że programy pomocowe dla innych krajów są zgodne z konstytucją, orzekł jednocześnie i w zasadzie jednoznacznie, że euroobligacje będą jej złamaniem. W związku z tym pełna polityczna integracja suwerennych krajów UE stoi pod dużym znakiem zapytania.
czwartek, 14 lipca 2011
Déjà vu
Spiskowe teorie przedostają się na salony, gdy José Manuel Barroso wyraża zdziwienie, że agencje ratingowe są jakoś mało „europejskie”. Włoski regulator rynku wprowadza ograniczenia na krótką sprzedaż, a Europejski Bank Centralny szykuje się do druku kolejnych pieniędzy na pomoc upadającym instytucjom. Brzmi znajomo? Owszem, z tym samym mieliśmy do czynienia rok temu. Spójrzmy chociażby na niedawny komunikat Europejskiego Banku Centralnego dotyczący przypadku portugalskiego:
Inaczej mówiąc, Europejski Bank Centralny ogłasza, że przestaje brać pod uwagę to, że portugalski dług zaczyna być traktowany jak toksyczne aktywo. Zamierza je traktować jako dobre zabezpieczenie i udzielać pod jego zastaw pożyczek z nowo wykreowanych pieniędzy. Zwróćmy też uwagę, jak radykalnie różnie bywają traktowane agencje ratingowe. W trakcie kryzysu oskarża się je, że nazbyt optymistycznie oceniały zdolności kredytowe, a następnie ma się pretensje dotyczące ich rzekomej „szujowatości” (używając słów Piotra Kuczyńskiego), tego, że obniżają rating dla rządów, które zaczynają mieć kłopoty ze spłatą długu. Dalej EBC uzasadnia swoje łagodne podejście do instrumentów portugalskich, pokładając głęboką wiarę w rządzących i ich pomysły:
EBC chciałby uspokoić rynki, domaga się od społeczeństwa zaufania i odrobiny pozytywnego myślenia. A teraz cofnijmy się w czasie do maja 2010 r. i przyjrzyjmy się ówczesnemu komunikatowi w sprawie instrumentów dłużnych rządu greckiego:
To nie żart ani żaden podstęp. Komunikat jest praktycznie taki sam, w odpowiednich miejscach zmieniono tylko „Grecję” na „Portugalię”. EBC porzuca stosowanie sensownych ratingów na portugalski dług publiczny, tak samo jak uczynił to w przypadku długu greckiego. Co więcej, stosuje dokładnie takie samo uzasadnienie — proszę się nie martwić, mamy pouzgadniane plany z Międzynarodowym Funduszem Walutowym i Komisją Europejską. Jak się skończyły „reformy” greckie sprzed roku, wszyscy widzieliśmy. Gdybym miał prognozować przyszłość na podstawie nieodległej przeszłości i zaskakującej powtarzalności zachowania władz europejskich, przewidywałbym, że EBC wkrótce zacznie skupować bezpośrednio obligacje Portugalii i drukować pieniądze na pokrycie ich deficytu; tak jak to się stało w przypadku Grecji. Następne w kolejce do EBC będą Włochy. Wiadomo, że sytuacja jest naprawdę poważna, skoro zauważają to nawet przedstawiciele władz — na przykład minister finansów Holandii stwierdził, że nie wyklucza możliwości ogłoszenia bankructwa Grecji. Prawdziwe źródło problemu Tak jak w przypadku kryzysu amerykańskiego zawiodły władze amerykańskie, tak władze europejskie nie rozpoznały źródła zaistniałych problemów w Europie. Kłopoty USA wynikały ze złego otoczenia instytucjonalnego, błędnej struktury bankowej i niskich stóp procentowych. W momencie pojawienia się kryzysu to złe otoczenie i strukturę utrwalono, a stopy jeszcze bardziej obniżono. Skutek był oczywisty — problemy trwają dalej, a Stany walczą z wysokim bezrobociem i zadłużeniem. Podobne kłopoty europejskie wynikały z tego, że po utworzeniu strefy euro zaczęto drukować pieniądz dla wszystkich krajów w tej strefie. Zamiast wprowadzić wspólną walutę, która byłaby zabezpieczona rzadkim towarem bez możliwości kreacji, utrwalono błędne schematy kreowania pustego pieniądza. Mniej odpowiedzialne państwa mogły sobie pozwolić na rozrzutność kosztem pozostałych krajów i zadłużać się po niskich stopach. Dlaczego tak się działo? Ponieważ Europejski Bank Centralny akceptuje obligacje strefy euro jako zabezpieczenie dla udzielanych przez siebie pożyczek. Dzisiejsza maszyneria króla Midasa działa tak: rząd nie może drukować pieniędzy bezpośrednio, więc musi korzystać z pomocy banku centralnego. Ten w zasadzie też nie może drukować bezpośrednio dla rządu, konieczne jest zatem skorzystanie z pośrednika — banków komercyjnych. Wobec tego rząd emituje obligacje na pokrycie deficytu. Obligacje są kupowane przez prywatne banki, które potem używają ich do otrzymania wydrukowanych pieniędzy od banku centralnego. Rząd nie martwi się specjalnie długiem, ponieważ na jego pokrycie wyemituje kolejny dług. Banki komercyjne chętnie go kupią, znowu bowiem użyją go jako zabezpieczenia w banku centralnym. W ten sposób są tworzone nowe pieniądze, które z jednej strony ułatwiają rządowi tanie zadłużanie się (dzięki czemu nie trzeba się martwić ogólnym zadłużeniem, a „tylko” odsetkami), a z drugiej dają monopol kredytowy bankom komercyjnym do korzystania z kreacji pieniądza. W przypadku jednego kraju z suwerenną polityką fiskalną i niezależnym bankiem centralnym taki mechanizm redystrybucji jest trwały, a zagrożeniem dla niego jest ucieczka zagranicznych inwestorów od krajowej waluty (dlatego Japonia, zadłużając się na ponad 200% PKB, ale u swoich obywateli, nie ma takich kłopotów jak Grecja). Inaczej się dzieje w przypadku gdy krajowej waluty nie ma, a kraj z suwerenną polityką fiskalną jest wpuszczony do drukarskiego klubu. Wtedy pojawia się zjawisko tragedii wspólnego pastwiska, zjawisko tragedii euro. Maszyna króla Midasa dopóty obciąża nie tylko obywateli danego kraju na rzecz rządu, lecz także obywateli innych krajów, dopóki bank centralny jest gotów brać udział w tym procederze (pod tym względem dla Grecji byłoby lepiej, gdyby nie miała drachmy, lecz europejską walutę, ale bez instytucjonalnego wejścia do strefy euro). Prawdy o fatalnej kondycji finansów publicznych nie da się jednak zatajać w nieskończoność. Pytanie kluczowe brzmi, jak długo EBC jest w stanie pozwalać na ciągłą redystrybucję na rzecz słabych krajów (by nie dopuścić do upadku projektu wspólnej waluty). W momencie gdy rynek zaczął coraz bardziej dyskontować śmieciowe papiery rządowe (na przykład greckie w stosunku do niemieckich), EBC postanowił traktować te obligacje specjalnie i zniósł rolę ich ratingu w swoich operacjach otwartego rynku (w których EBC udziela pożyczek prywatnym bankom pod zastaw długu publicznego różnych państw). Gdy to nie pomogło, postanowił drukować pieniądze i kupować bezpośrednio grecki dług. Wygląda na to, że redystrybucja w najbliższym czasie nie ustanie. Skutki takiej polityki można niezwykle łatwo przewidzieć. W trakcie kryzysu rząd grecki zaczął gwarantować transakcje na rynku międzybankowym. Jak powtarza się ludziom, kryzys bankowy to podobno koniec świata i powrót do mieszkania w szałasach (tak jak w Islandii). Wobec tego banki greckie same zaczęły sobie emitować papiery wartościowe. W ten sposób wyemitowały dla siebie nawzajem całkowicie puste papiery na kilkadziesiąt miliardów euro. W normalnych warunkach uznano by je zapewne za śmieci, ale ponieważ grecki rynek międzybankowy otrzymał gwarancje rządowe, banki mogły użyć tych śmieci jako „zabezpieczenia” pożyczek otrzymywanych dodatkowo przez EBC. W ten sposób EBC zaangażował się na wszystkich frontach w dotowanie błędnych inwestycji. Stwarza to bodziec nie tylko do tego, by nie unikać takiego inwestowania, ale wprost skłania do dalszego nieodpowiedzialnego postępowania. Po co prywatny bank ma czyścić swoje księgi, skoro EBC dumnie weźmie na siebie straty? Opłaca się wręcz wymyślać kolejne instrumenty, które pozwolą na podrzucanie finansowych odpadów. Wykupywanie błędnych inwestycji nie sprawia, że stają się one dobrymi inwestycjami. Sprawia, że następuje proces redystrybucji i ktoś zaczyna przerzucać straty na innych. Ta prosta lekcja ekonomii nie zostanie przesłonięta przez zagmatwane operacje finansowe i wiarę w to, że problemy same znikną. EBC wystawił się na ryzyko i pogorszył jakość przyjmowanych przez siebie aktywów greckich. Nie inaczej jest w przypadku programów pomocowych i nadzwyczajnych operacji płynnościowych dla Irlandii i Portugalii. Wszystko wskazuje na to, że EBC będzie dalej brnął w dotowanie bankrutów — na przekór rynkom, na przekór agencjom ratingowym i na przekór shortsellerom. Prawdziwe źródło problemu tkwi w tym, że rządy zadłużają się, a banki centralne im na to pozwalają.
[Po nadesłaniu tekstu do redakcji mises.pl, gdzie tekst ukazał się pierwotnie, agencje ratingowe obniżyły rating irlandzki do poziomu portugalskiego.]
czwartek, 26 maja 2011
Od czasu kryzysu w 2008 r. wykształcił się nowy zwyczaj — szczególnie w kręgach władzy — na strzelanie do posłańców. Świetnym tego przykładem był unijny atak na „short-sellerów”, którzy jakiś czas temu uparli się, żeby atakować rynek greckich obligacji. Unijna sugestia była taka, że inwestorzy obstawiający kłopoty greckich finansów publicznych sami te kłopoty wywołują. W wyniku spadku cen obligacji zadłużanie się jest droższe, a przez to Grecja zaczyna mieć problem z „rolowaniem długu”. Co więcej, niektórzy nawet sugerowali, że z Grecją jest wszystko w porządku, a spekulacyjne ataki na rynek greckich obligacji to konspiracyjna robota „City”, londyńskiego albo nowojorskiego, które uparło się, aby za wszelką cenę zniweczyć utopijny plan utrzymania europejskiej strefy walutowej. W tej atmosferze ograniczono spekulacyjną grę na spadek wartości obligacji rządowych, sugerując, że oto nadszedł koniec kłopotów, a przygotowany plan pomocy dla Grecji uratuje ten kraj przed krytyczną sytuacją. W rzeczywistości twórcy tego prawa zdawali sobie sprawę, że kupują tylko trochę czasu i kneblują usta posłańcowi. Za jakiś czas problemy miały powrócić; dzisiaj widzimy, że stopy zwrotu na obligacje greckie wynoszą ponad 20%. Są denominowane w euro — czyż to nie kusząca inwestycja? Nie wszyscy przedstawiciele ze sfery polityki widzieli te problemy. Część z nich to przedstawiciele nowoczesnej ideologii „szampańskiego socjalizmu”. Szampańscy socjaliści to wrażliwcy społeczni, którzy akceptują podstawowe zasady działania gospodarki rynkowej, ale uważają, że konieczny jest rozrośnięty rząd konsumujący połowę zasobów gospodarki na cele etatystyczne. Ta konsumpcja odbywa się przy użyciu niebezpiecznej obusiecznej broni — inflacji długu i pieniądza — która nie pozwoliła na razie odnieść wielkiego sukcesu gospodarczego. Szampańscy socjaliści mają również to do siebie, że lubią być u władzy i korzystać z dobrodziejstw dużej kasy, latać pierwszą klasą, pijąc szampana, i nocować w hotelu za 3000 dolarów. W sumie dlaczego mają sobie odmawiać, skoro pieniądze nie są ich? Gdyby je rozdać najbiedniejszym, niewiele by zostało. Nawet wielki Karol Marks przejadał i przepijał masę pieniędzy (jego rzekome życie w biedzie to słynny socjalistyczny mit). Otoczeni atrybutami władzy i pieniędzmi zabieranymi innym ludziom pokładają głęboką wiarę w urzeczywistniane przez siebie plany. Kiedy jednak zostaną wreszcie skonfrontowani z niemożliwością swoich mrzonek, nie chcą o tym słyszeć. Jednak szampański socjalizm już szykuje kolejny atak. Tym razem celem mają się stać agencje ratingowe, które odgrywają niebagatelną rolę na rynku finansowym — ich ratingi są brane pod uwagę przez regulatorów. Na przykład Europejski Bank Centralny (EBC) zobowiązuje się, że nie będzie brał pod zastaw swoich operacji „papierów śmieciowych”, czyli takich, które mają wystawioną niską ocenę przez agencje ratingowe. Jeśli jakieś papiery zaczynają mieć coraz niższy rating, to bank teoretycznie powinien żądać innego zabezpieczenia. W przypadku obligacji greckich tak się nie stało i EBC zaczął oficjalnie łamać swoje obietnice w myśl zasady, że skoro on jest największym graczem na rynku międzybankowym, to i on decyduje o tym, kto tu jest wypłacalny, a kto nie. Wprawdzie EBC może sobie na to pozwolić, ale mniejsze rządy już niekoniecznie. I tak na przykład obniżenie ratingu wykonanego przez agencje może mieć wpływ na to, czy dany rząd jest w stanie taniej zaciągać dług na rynku finansowym, czy drożej. Dlatego ideolodzy szampańskiego socjalizmu znaleźli sobie kolejnego kozła ofiarnego, który przyczynia się do tworzenia problemów w finansach publicznych.
Przeszłość agencji ratingowych Kiedyś agencje ratingowe działały zupełnie inaczej niż dzisiaj. Wynikało to z różnych czynników, o których wadze można dyskutować. Funkcjonowały w innej erze technologicznej, jak również instytucjonalnej. Kwestią sporną jest, co zdecydowało o ich ewolucji. Przed pierwszą wojną światową, w czasach, kiedy powstały agencje ratingowe, nie było Internetu ani możliwości łatwego powielania informacji. Jednak również banki odgrywały mniejszą rolę w procesach inwestycyjnych — te były w większym niż dzisiaj stopniu finansowane prywatnymi oszczędnościami odłożonymi przez bogatych kapitalistów. W owych czasach rating był zorientowany przede wszystkim na oszczędzającego. Posiadacze prywatnego oszczędzonego kapitału byli pokaźną siłą na rynku i jako oszczędzający mieli coś do powiedzenia. To właśnie oni jako inwestorzy zainteresowani rozważnym gospodarowaniem kupowali informacje o bezpieczeństwie instrumentów emitowanych przez kapitałobiorców. Natomiast na współczesnym rynku za ratingi płaci kapitałobiorca. Od zamierzchłych czasów zmieniły się trzy ważne rzeczy. Pierwsza, technologiczna — informacja stała się znacznie tańsza, w związku z czym owe ratingi można by łatwo rozpowszechniać za darmo. To jest powód, jaki nieraz podaje się jako główny w uzasadnieniu, dlaczego za ratingi zazwyczaj nie płaci już kapitałodawca — ponieważ informacja łatwo by się rozeszła i każdy kapitałodawca miałby ją za darmo. Zapomina się jednak o dwóch innych ważnych zmianach, które miały na to wpływ i mogły mieć wpływ decydujący. Po pierwsze, całkowitej transformacji uległ system pieniężny (co wcale nie poskutkowało większym wzrostem gospodarczym). Obecnie prywatnie oszczędzający kapitał zostali wypchnięci z rynku inwestycyjnego, wprowadzono natomiast współczesny debt-driven system. W porównaniu z początkiem XX wieku wszelkie projekty gospodarcze w dużo większej mierze są finansowane długiem. Nastąpiła „schumpeteryzacja” rynku kapitału — dużą rolę odgrywają banki, które w otoczeniu państwowego pieniądza emitowanego przez banki centralne stały się głównymi decydentami w sprawach, jakie inwestycje podejmować. W pełni zgrywa się to z radykalnymi zmianami na rynku agencji ratingowych — wszak ten rynek, podobnie jak inne, dostosowuje się do potrzeb klienta — głównego klienta. Po drugie, najważniejszy na rynku finansowy regulator — amerykańska Komisja Papierów Wartościowych i Giełd (SEC), stworzyła w latach siedemdziesiątych kartel agencji ratingowych. Wśród nich (niedawno został powiększony) znajdują się słynne trzy: Standard and Poor’s, Fitch, Moody’s. Ten utworzony i regulowany przez SEC kartel doprowadził do oligopolizacji rynku agencji ratingowych, a ich decyzje stały się wiążące dla władz państwowych. W rezultacie powstał bardzo silny bodziec do tego, aby system utwierdził się w modelu „kapitałobiorca płaci”, ponieważ kapitałobiorca, kupując rating, zostawał zatwierdzony jako bezpieczny w istniejącym otoczeniu regulacyjnym (wykształciło się coś na kształt koncesjonowania). Agencje ratingowe z radością dostosowały się do tego schematu.
Agencje ratingowe i kryzys w 2008 r. Bez wątpienia agencje odegrały swoją rolę w kryzysie w 2008 r. Instrumenty finansowe, które emitowały bankowe „spółki specjalnego przeznaczenia”, ryzykowne i oparte na rynku nieruchomości, otrzymały od tych agencji niespodziewanie wysokie oceny. Dzięki temu bankom opłacało się emitować dodatkowe kredyty hipoteczne, które potem w postaci papierów wartościowych (wysoko ocenionych przez agencje ratingowe) mogły przekazać specjalnie do tego utworzonym spółkom. Wszystko to odbyło się pod nadzorem i kontrolą urzędów. Tak zwane reguły bazylejskie wręcz nakazywały bankom takie zachowanie, jeśli te chciały osiągać dodatkowe zyski z ekspansji taniego pieniądza. Zasadne jest wobec tego twierdzenie, że kryzys nie został spowodowany „deregulacją”, a raczej wadliwą regulacją. Był to rezultat kombinacji różnych regulacji, z których każda miała swój wpływ. System państwowego pieniądza umożliwił społeczną eksternalizację kosztów, bank centralny otworzył kurek z tanim kredytem i niskimi stopami procentowymi, a agendy regulacyjne stworzyły jeden kontrolowany bezpiecznik, który miał ochronić rynek przed nadmiernym nagromadzeniem ryzyka. Okazało się, że bezpiecznik nie jest najlepszy, a wszystkich zmuszono do podpięcia się pod niego. W procederze tym nietrudno zauważyć pewną pokusę nadużycia. Emitujący papiery dłużne płacą za ich oceny, które są wystawiane przez agencje ratingowe. Dostarcza to niewątpliwie bodźca do korupcji. Im wyższą ocenę wystawi agencja, tym wyżej będzie ceniony emitent instrumentu, tym więcej będzie mógł zapłacić za ocenę. Do pewnego stopnia mogło to odgrywać rolę. Oczywiście, ta wersja będzie odpowiadała niektórym zwolennikom teorii skrupulatnie zaplanowanego spisku, ale rynek agencji ratingowych naprawdę nie wygląda tak, że za ich murami siedzi za biurkiem armia przekupnych urzędników, którzy kontaktują się z bankami i licytują stawkę za dobre oceny śmieciowych papierów. Można nawet przewrotnie powiedzieć, że ocena tych instrumentów inwestycyjnych wcale nie była nietrafiona, jeśli uwzględni się to, że rząd nie dopuści do ich upadku i będzie się starał ratować je za wszelką cenę, uruchamiając przy tym wszelkie programy pomocowe. Joseph Stiglitz w 2002 r. twierdził, że Fannie Mae i Freddy Mac to świetne i bezpieczne projekty inwestycyjne, ponieważ mają doskonały model zarządzania portfelem. Szansa na ich bankructwo jest praktycznie znikoma. A nawet jeśli pojawią się kłopoty, to rząd zapewne będzie interweniował, gdyż rozmiar ewentualnego kryzysu byłby ogromny. Skoro Stiglitz wyszedł z podobnego założenia, równie dobrze mogli tak postąpić ekonomiści w agencjach ratingowych. Wszak całego kryzysu nie da się wyjaśnić wszechobecnym spiskiem i złą wolą. Musi się z nim wiązać jakaś rozpowszechniona ignorancja, szczególnie jeśli sprzyja temu państwowa instytucja. A tak się dzieje w przypadku jednolitych przepisów regulacyjnych narzucanych siłą przez państwowy urząd.
Alternatywa dla obecnego systemu agencji ratingowych W świetle tego, o czym była mowa, agencje ratingowe nie są problemem. Problem leży raczej gdzie indziej. W pewnym sensie to bardzo dobrze, że na obecnym etatystycznym rynku pieniężno-kapitałowym istnieją takie niezależne instytucje quasi-władzy, które chociaż teoretycznie mogą wywierać niezależny wpływ na aparat rządowy. Przykładem może być niedawna groźba obniżenia ratingu rządu amerykańskiego przez Standard and Poor’s. Uzasadnieniem tego są przeogromne programy pomocowe i brak planu wyjścia z rosnącej spirali długu publicznego. USA, poza przypadkiem z 1933 r., zawsze spłacały swoje publiczne zobowiązania, jednak tym razem sprawa nie jest przesądzona. Mimo to wydaje się, że dług będzie spłacony chociażby za cenę wyższej inflacji i słabej pozycji dolara na rynku międzynarodowym (co też jest wskazówką dla zagranicznych inwestorów). Zmiana perspektywy ratingu ma jednak na celu wywołanie pewnego nacisku na rząd USA, by zmieniono politykę. Jeśli chodzi o reformę rynku agencji, na pewno korzystne byłoby zlikwidowanie oficjalnego bezpiecznika, który zatwierdza SEC. Żadna agencja ratingowa nie powinna dostawać specjalnego przywileju ze strony państwa jako ta właściwa i „rozpoznana” (kartel stworzony przez SEC tak się nazywa, Nationally Recognized Statistical Rating Organization). W przeciwnym wypadku będzie to prowadzić do zwiększania „systemowego ryzyka”. Rządy nie wyznaczają jednego obowiązującego modelu biznesowego — firmy ze sobą konkurują; analogicznie powinno być w przypadku agencji ratingowych — oczywiście, jeśli celem jest stworzenie rzeczywistego i adekwatnego rynku informacji o ryzyku inwestycyjnym. Niestety, pojawiające się obecnie propozycje zmian wskazują raczej na zacieśnienie regulacyjne. Ich autorzy żywią głęboką nadzieję i wierzą w to, że dzięki regulacjom można oczyścić życie człowieka z niepewności i stworzyć katalog przewidywalnych zachowań. Najwyraźniej regulatorzy rynków za jakiś czas będą się musieli ponownie przekonać o tym, że nie są w stanie zaprojektować idealnego rynku i jak zgubna bywa planistyczna pycha rozumu. Zamiast bowiem nieskutecznie walczyć z niepewnością i nieprzewidywalnością działań ludzkich za pomocą administrowania i raportowania, lepiej walczyć ze złymi instytucjami, powodującymi, że za igranie z niepewnością płaci społeczeństwo. Głębsze zmiany, które całkowicie zreorganizowałyby ten rynek, musiałyby objąć reformę pieniężną. Na nią na razie się nie zanosi. Gdyby jednak zredukować rolę długu i banków na rzecz prywatnie oszczędzających, mogłoby się okazać, że model „kapitałodawca płaci” znów zacząłby obowiązywać. Istnienie Internetu wcale nie musi go wykluczać. O tym przekonalibyśmy się jednak dopiero w przypadku wprowadzenia wolnego rynku pieniądza i konkurencji na rynku finansowym. Ratingi nie są kolejnym „dobrem publicznym”, gdyż jest w stanie je wyprodukować konkurencyjny rynek. Tagi:
agencje ratingowe
europejski bank centralny
Nationally Recognized Statistical Rating Organization
14:52, mateusz.machaj
Link Komentarze (2) » |