Ostatnie notki
Zakładki:
Polecam:
![]() |
poniedziałek, 02 listopada 2009
James Tobin: być może potrzebujemy znieść kreację kredytu
James Tobin, wybitny keynesista i laureat Nagrody pamięci Nobla, miał w swoim życiu kilka egzotycznych pomysłów. Niestety znany jest wśród antyglobalistów ze względu na swój niezbyt dobry pomysł wprowadzenia opodatkowania krótkoterminowego przepływu kapitału (tym bardziej, że nie jest znany przez nich z faktu, że opowiadał się za wolnym handlem). Tymczasem w pewnej swojej publikacji wyraził lekkie poparcie na rzecz systemu bez częściowej rezerwy bankowej, co uniemożliwiłoby kreację kredytu. Oto i obszerny cytat z publikacji “Financial innovation and deregulation in perspective”. Tłumaczenie moje:
Być może potrzebujemy systemu płacenia gotówką, ale bez jego wad. Deponowanej gotówki - depozytów pokrytych stuprocentową rezerwą - wypłacanych w banknotach albo monetach na żądanie, transferowalnych do stron trzecich, zabezpieczonych przez zgubieniem, czy kradzieżą, będących perfekcyjną ochroną wartości jednostki rozliczeniowej. Jednym ze sposobów dostarczenia tego byłoby pozwolić obywatelom trzymać depozyty w banku centralnym, albo w jego ustanowionym w tym celu oddziałach, lub w lokalnym okienku pocztowym.
A zatem jak widać rezerwa stuprocentowa wcale nie jest takim pomysłem, który rozważają tylko szaleni ekonomiści ze szkoły austriackiej. Przypominam, że poza keynesistą Tobinem popierali ją także Henry Simons, Irving Fisher, czy Maurice Allais. Ciepłe słowa mówił o niej Friedman oraz Leland Yeager.
czwartek, 15 października 2009
Tegoroczna noblistka kwestionuje anty-anarchizm
Czytam właśnie niektóre prace Elinor Ostrom, o której nie słyszałem zanim dostała nagrodę Nobla z ekonomii w tym roku (po wypowiedziach komentatorów jestem nawet zdziwiony tym jak wielu ludzi nie tylko o niej słyszało, ale potrafi wskazać na merytoryczną wartość jej prac). I muszę stwierdzić, że jest co czytać, bowiem przeprowadza ciekawą analizę Common Pool Resources (CPR), czyli powiedzmy “dóbr wspólnych”, albo takich, z których korzystać ma cała społeczność. Główna konkluzja jest taka, że błędny jest Hobbesowski mit, zakładający, że ludzie potrzebują zewnętrznego suwerena, który ich przymusi do konserwacji kapitału i poszanowania reguł gry. Oto jeden z cytatów:
Ostrom zastrzega, że być może czasem rola dla suwerena jest niezbędna, ale jej prace, co sama powyżej zauważa, stanowią atak na sedno Hobbsowskiego mitu. Hobbsowskiego mitu o tym, że człowiek jest z natury taki, że potrzebuje nad sobą suwerena, który będzie go bił pałką po głowie, bo inaczej nie będzie porządku i bezpieczeństwa. Nie jest wobec tego prawdą powszechnie uznawana teza o tym, że kontraktualne społeczeństwo nie jest możliwe.
sobota, 10 października 2009
Nobel z ekonomii - ważne kto wygra. (Obama?)
Na giełdzie potencjalnych Nobli z ekonomii krąży kilka znanych nazwisk. Wśród nich kilka całkiem prawdopodobnych - jeśli któraś z tych osób wygra, może to mieć znaczenie dla publicznej debaty. Kiedy Nobla wygrał Phelps, za swoje rozwinięcie “mikroteorii makrowahań” (czyli krytykę prymitywnego keynesizmu opierającego się na nieprawdziwej krzywej Phillipsa), zaraz potem zaczął wykorzystywać swoją sławę do opowiadania antykapitalistycznych historii. Ale do rzeczy i do znanych nazwisk. Mamy wśród wymienianych kandydatów Martina Weitzmana i Williama Nordhausa (tak, tego od podręcznika z Samuelsonem). Zapewne za zasługi dla “ekonomicznej analizy klimatu”. Wtedy czeka na stos wywiadów przeprowadzanych przez Jacka Żakowskiego o tym, jak wreszcie docenia się ekonomistów chcących wprowadzać centralne planowanie (tak jakby wcześniej tego nie robiono a wszystkie Noble wygrał Robert Lucas). Inne nazwisko, które się pojawia to John Taylor, autor tak zwanej reguły Taylora, dotyczącej postępowania banków centralnych. Nagroda ta byłaby dosyć odważna, ponieważ Taylor winą za obecny kryzys obarcza postępowanie amerykańskiego banku centralnego. Nagroda ta byłaby bardzo korzystna dla debaty o polityce monetarnej, bowiem wtedy w wielu wywiadach usłyszelibyśmy o zbyt niskich stopach procentowych, które ustawił Greenspan. Dlatego nie sądzę, żeby szwedzki bank centralny zdecydował się na taki krok (i nagrodził Taylora). Oprócz tego słychać nazwiska Eugena Famy, który już wiele razy był wymieniany wśród potencjalnych kandydatów (za model CAPM, ale także za jego analizę instytucjonalną). Pod względem liczby cytowań powinien wygrać Robert Barro, ale to chyba byłaby dziwna nagroda w czasach kryzysu (dla zwolennika nowoklasycznych teorii o idealnym oczyszczaniu rynków). W predykcjach widzę także nazwisko Ernsta Fehra, austriackiego ekonomisty, ale niestety tylko z pochodzenia. Nolan McCarty ma jednak innego dosyć poważnego kandydata, którego należy rozważyć, Barracka Obamę, i podaje ku temu rozsądne powody:
* Chociaż Tirole, Nordhaus, Milgrom, i inni mieli znaczący i istotny naukowy wkład w teorię ekonomii i analizę polityki, tylko Obama daje nadzieję na lepszą politykę gospodarczą jutra. Czy może zaprojektować służbę zdrowia, która ochrania każdego i oszczędza pieniądze? Yes, he can! Czy może zreorganizować system finansowy, aby wyeliminować ryzyko, ochraniać konsumenta i utrzymać korzyści współczesnych finansów. Yes, he can! Czy może zmniejszyć redukcję gazów cieplarnianych bez zmniejszania zatrudnienia i wzrostu gospodarczego? Yes, he can! Który prawdziwy ekonomista by się ośmielił powiedzieć takie rzeczy? Tylko za swoją wizję Obama zasługuje na nagrodę. * Obama nigdy nie był związany z teorią racjonalnych oczekiań ani hipotezą rynków efektywnych. W rzeczy samej, zmnienił swoją administrację w jedno wielkie seminarium o ekonomii behawioralnej. * Słyszałem plotki, że Obama ciągle planuje traktat pokojowy między Paulem Krugmanem a Robertem Lucasem. Niestety dwustronne negocjalne chyba zostały przerwane. * Skandynawowie mogliby naprawdę dopiec Georgowi Bushowi dając Obamie dwie nagrody Nobla * Uczył na Uniwersytecie Chicagowskim.
środa, 07 października 2009
Czy rządzą nami dyletanci?
Rządzących i sposoby sprawowania przez nich władzy krytykuje się z wielu powodów. Dotyczy to większości rządzących, nie tylko w Polsce. Najczęściej wytyka się im dyletanctwo – powierzchowną wiedzę na temat mechanizmów funkcjonowania świata, społeczeństwa czy gospodarki. Badania empiryczne przeważnie prowadzą do wniosku, że rządzącym najwyraźniej rządzenie w ogóle nie wychodzi, gdyż zamiast skutecznie rozwiązywać problemy, wywołują nowe, jeszcze poważniejsze. A zatem, skoro nie udaje im się tych problemów rozwiązywać, to nasuwa się myśl, że albo są ignorantami, którym w ogóle nie leży na sercu los bliźnich, albo dyletantami, którzy nie mają rzetelnej wiedzy na temat otaczającej ich rzeczywistości. Obywatele natomiast nie dopuszczają do siebie myśli, że władzę nad nimi sprawują źli ludzie. Tłumaczą więc sobie, że najwyraźniej rządzą nimi niedoświadczeni i nieporadni politycy. Tymczasem nieudolność rządzących i mierne efekty ich działań nie muszą wynikać z ich złej woli czy niewiedzy, lecz z wadliwej konstrukcji samego systemu społeczno-politycznego, zbudowanego na ideach demokratycznego państwa. Trudno bezkrytycznie przyjąć tezę, że u władzy są wyłącznie osoby niekompetentne, gdyż trzeba być inteligentnym i skutecznym, żeby do władzy dojść. Jeśli natomiast komuś brakuje w jakiejś dziedzinie solidnej wiedzy, zawsze może zatrudnić do pomocy specjalistę. Ciężko więc uwierzyć, że w rządzie są sami źli ludzie. Zapewne niektórzy są źli, ale z pewnością zdarzają się również dobrzy, a ci mogliby pracować nad ulepszaniem systemu. Słuszne będzie więc stwierdzenie, że problem tkwi w systemie społeczno-politycznym, który jest przecież tworzony przez ogół obywateli wchodzących ze sobą w relacje. Otóż państwo demokratyczne jest swoistym spontanicznym ładem, w którym nie ma odgórnie ustalonego planu. Istnieją w nim raczej wewnętrzne siły, które pewnym rozwiązaniom sprzyjają, a inne je utrudniają. Widać to na przykładzie państwowego planowania i znacjonalizowanych zakładów przemysłowych. Dzisiaj większość ekonomistów ma świadomość, że planowanie jest skazane na porażkę, a nacjonalizacja przemysłu jest pozbawiona jakiegokolwiek sensu. Mimo to często się słyszy, że państwowych firm nie wolno likwidować, gdyż ucierpią na tym Bogu ducha winni pracownicy. Tak właśnie rodzi się demokratyczna tyrania status quo, w której bardzo często niczego nie można zmienić na lepsze. System spontanicznie wygenerował tak duże koszty dla niektórych grup społecznych, że te będą bardzo opornie podchodzić do jakichkolwiek zmian. Z tego powodu dzisiejsze państwo dryfuje sobie z rządzącymi, którzy nie są ludźmi z natury złymi ani pozbawionymi wiedzy i talentów. Oni doskonale zdają sobie sprawę z bałaganu, który starają się ogarnąć.
środa, 30 września 2009
Ahistoryczność teorii
Ostatnio zacząłem się zastanawiać nad ahistorycznością niektórych tez w teorii ekonomii i filozofii polityki. Szczególnie uderzyły mnie dwa przypadki. Pierwszy z nich dotyczy polityki pieniężnej. Obecnie w teorii ekonomii za jasną i niemal niepodważalną konieczność przyjmuje się istnienie banku centralnego - państwowej instytucji odpowiedzialnej za produkcję pieniądza. Widać to wyraźnie zarówno w publikacjach naukowych, jak i w podręcznikach ekonomii. Jako oficjalne uzasadnienie istnienia banku centralnego podaje się znane slogany, które można odnaleźć w konstytucjach państw całego świata. Bank jest po to, aby, cytuję: „utrzymywać stabilność cen”. Tak również mówi teoria ekonomii – państwowa instytucja jest po to, aby ceny stabilizować. Tymczasem, gdy popatrzymy na historię gospodarczą całego świata, to jest to stwierdzenie wyjątkowo ahistoryczne i nie mające związku z rzeczywistością. Nikt nigdy, nigdzie nie zakładał banku centralnego po to, aby „stabilizować ceny” i prowadzić politykę pieniężną. Banki centralne powstawały z dwóch powodów: po to, żeby wykupywać banki komercyjne, które znalazły się w kłopotach, i po to, żeby drukować pieniądze dla rządów, które chciały finansować swoje wydatki. Istnienie banków centralnych umożliwiło rządom pozyskiwanie środków nie tylko pożyczkami i podatkami ale również inflacją (co zresztą robią do dzisiaj). Tymczasem opowieści o tym, że banki centralne istnieją w celu „stabilizowania cen”, to klasyczny przykład racjonalizacji ex post, szukania fikcyjnych uzasadnień dla istnienia państwowej władzy, które nie mają związku z rzeczywistością. Podobnie jest w przypadku filozofii polityki. Bank centralny jest tym dla nauki makroekonomicznej, czym dla filozofii politycznej jest instytucja państwa. Przez lata filozofowie opisywali jak instytucja państwa miałaby mieć ugruntowanie w jakiejś formie umowy społecznej. A to snuli scenariusze o tym, że każdy dobrowolnie zrzeka się swojej suwerenności na rzecz państwa w obawie przed przemocą. A to opowiadali o tym, jak państwo powstaje w następstwie umowy między ludźmi, którzy chcą chronić swoją własność. Albo jak państwo powstaje na skutek próby implementacji zasady sprawiedliwości do życia społecznego. Czy też wreszcie, nawet futurystycznie, że państwo powstaje jako konsekwencja wolnej konkurencji między rywalizującymi dostawcami ubezpieczeń i ochrony. Wszystkie te teorie, podobnie jak w przypadku ekonomii banku centralnego, są zupełnie ahistoryczne. Nigdzie bowiem w historii państwo nie wykształciło się w ten sposób. Władzy nie ustanawiano na mocy jakiegoś dokumentu lub umowy. Władza nie pochodziła od Boga, ani od ludu. Władza wyrastała z dobrze naostrzonej dzidy i skutecznego podboju, za pomocą którego suweren obejmował panowanie nad podległymi ludami. Wszystkie uzasadnienia konieczności państwa powstawały później, kiedy ludzie znacznie zwiększyli swoje zdolności racjonalnego myślenia. Nie zmienia to jednak faktu, że tak jak z bankiem centralnym, państwo ma zupełnie inne źrodło swojego powstania, aniżeli chciałaby tego większość filozofów.
czwartek, 27 sierpnia 2009
Kłopoty USA powracają
Ostatnie miesiące w niczym nie przypominały wcześniejszej kilkumiesięcznej rzezi rynków finansowych, która wyglądała jak piłkarski mecz Barcelony przeciwko słabeuszom. Indeksy giełdowe sobie rosły i to nawet nie w jakiś wariacki sposób, który sugerowałby niestabilność i krótkotrwałość takiego trendu. To poprowadziło niektórych do delikatnych sugestii, że być może ożywienie się już zbliża, a gospodarka powinna wyjść bez większego szwanku z tego niedawnego tajfunu, od którego uratował nas ponoć superman Gordon Brown, zbawca całego świata. Niestety sprawa nie jest tak prosta jak się wydaje, ponieważ problemy, które pojawiły się w gospodarce jakiś czas temu nie były incydentem, jaki będzie bardzo łatwo zniwelować. W rzeczywistości bowiem te problemy zostały zakamuflowane i przerzucone na inną instytucję. Śmieciowe papiery, związane z błędnymi inwestycjami na rynku, zostały przejęte przez państwo. Bezpośrednio, gdy interweniował bank centralny zabierając je i w zamian dając obligacje skarbowe. Jak również pośrednio, gdy interweniował rząd i za pomocą polityki fiskalnej dekapitalizował banki poprzez zakup ich akcji. Bez względu na szczegóły efekt jest ten sam. Państwo stało się jeszcze większym dłużnikiem. Błędne zobowiązania zostały przejęte przez aparat przymusu, które teraz swoim budżetem gwarantuje wypłacalność sektora finansowego. Problem polega na tym, że cudów nie ma i rząd nie będzie w stanie magicznie poprawić niekorzystnej sytuacji. Jedyne co mu się uda, to prolongowanie problemów i chwilowe odroczenie katastrofy. Jeśli w przypadku USA doliczy się do tego zobowiązania wynikające z programów socjalnych i medycznych, to sprawa naprawdę wygląda poważnie. Jeszcze nie tak dawno jak walił się system kredytowy ludzie rzucili się na obligacje skarbowe jako bezpieczne papiery, oczekując nawet nadejścia deflacji. Run na obligacje był tak absurdalny, że zwroty na krótkookresowe papiery w pewnym momencie zostały podbite prawie do zera. Były postrzegane nawet jako bezpieczniejsze niż pieniądze na koncie, które mogą zniknąć w przypadku bankructwa banku. To było jednak chwilowe zjawisko. Aktualnie rynek zaczyna dostrzegać problem wypłacalności samego dobrego wuja, państwa. Nie jest bowiem tak, że bez granic można dług publiczny zwiększać i nie przejmować się konsekwencjami. Stąd rynek dostrzegł ponownie ten problem i zwroty na obligacje poważnie się zwiększyły. Sam jestem zwolennikiem tezy, że bankructwo rządów jest nieuniknione, a Stany Zjednoczone czeka „argentynizacja”, ponieważ w dłuższym okresie prawa ekonomii lubią się mścić. Czy nastąpi to w najbliższych latach, czy najbliższych kilkudziesięciu, to sprawa otwarta. Spodziewam się, że nastąpi to za mojego życia.
piątek, 14 sierpnia 2009
Lekka sprzeczność
Jak już kiedyś wspominaliśmy kryzys jest rezultatem kombinacji wielu rozmaitych czynników, a specjaliści od niego, dzielą się na dwie zasadnicze grupy: zwolenników inspirowanej marksizmem tezy o nieuchronności zwierzęcych instynktów w kapitalizmie, oraz zwolenników analizy konkretnych państwowych instytucji w kapitalizmie, które swoim postępowaniem się przyczyniają do pojawiania takich załamań. Wśród tej drugiej grupy mamy wielu autorów tezy o tym, że za kryzys odpowiada kiepski nadzór. Ale też nie o tej grupie dzisiaj chciałbym powiedzieć, a o zwolennikach tezy, z którą się akurat zgadzam, o tym, że sedno kryzysu leży w niskich stopach procentowych ustalonych przez Alana Greenspana na początku dwudziestego pierwszego wieku. Właśnie owe niskie stopy popchnęły do nieodpowiedzialnego inwestowania, do wysokiego lewara i nierozsądnej wyceny ryzyka. Obniżka Greenspana została skoordynowana z polityką innych światowych banków centralnych, co poprowadziło do światowego boomu gospodarczego. Niestety taka polityka nie przyniosła trwałego wzrostu, czego efektem było spowolnienie, a następnie poważny kryzys finansowy od 2007 roku. Owa hipoteza ma dzisiaj bardzo wielu zwolenników, którzy całkiem dobrze odpowiadają zwolennikom tezy o słabym nadzorze i spekulantach. W końcu spekulanci spekulują zasobami, a tych dostarczył im bank centralny po niskiej cenie jednego procenta. Niemniej jednak zwolennicy teorii zbyt niskich stóp dzielą się w sumie na dwie podgrupy. Jedną, konsekwentną, w sumie mniejszą niż druga, która uważa, że obecne działania banków centralnych będą źródłem poważniejszych destrukcji w przyszłości. Oraz drugą, niekonsekwentną, która popiera obecne działania banków centralnych, aby wyjść z kryzysu. Wśród tych osób jest wielu bankierów i zwolenników bankowości centralnej. Innymi słowy mamy tutaj do czynienia z dosyć widoczną sprzecznością. Osoby te zgadzają się, owszem, niskie stopy banków centralnych doprowadziły do kryzysu. A następnie dodają, że w celu zwalczenia tego kryzysu należy… znowu obniżać stopy procentowe. Tymczasem logika raczej wskazuje, że leczenie bakteriami, które powodują infekcje, jaką chcemy wyleczyć, to nie jest zbyt dobry pomysł. Nie jest oczywiście wykluczone, że sytuacja się poprawi nawet na odrobinę dłużej w wyniku interwencji banków centralnych, ale nie miejmy wątpliwości, bo nie będzie to poprawa trwała. Dlaczego? Przypomnijmy, że mieliśmy już do czynienia z podobną sytuacją, recesją w 2001 roku. Wtedy też na prośby i błagania wielki guru rynków, Alan Greenspan, dzisiaj przez większość wyklęty i kompletnie zdemitologizowany, obniżył stopy do jednego procenta. I te obniżone do jednego procenta stopy stały się źródłem problemów i bałaganu, który się zaczął sypać w 2007 roku. Obecnie próba naprawy konsekwencji tego sypania poprzez znowu obniżanie stóp procentowych to bardzo kiepski pomysł. I to nawet nie tak samo kiepski, tylko jeszcze bardziej, gdyż stopy obniżono nawet poniżej jednego procenta, do prawie zera procent. To nie wróży niczego dobrego. Japonia jakiś czas temu próbowała iść tą drogą, a skutki były marne.
niedziela, 12 lipca 2009
Inwestycje stadionowe
Polska żyje dwoma rozprawami o euro. Jedna dotyczy debaty na temat waluty europejskiej, której wprowadzenie ma być rzekomym lekiem na kryzys, albo przynajmniej środkiem, który walczy z jego niektórymi niekorzystnymi aspektami. Druga zaś dotyczy mistrzostw europy w piłce nożnej, które najprawdopodobniej odbędą się w Polsce za 3 lata. Zaskakuje mnie w tej całej ekscytacji przyjmowanie przez większość ludzi założenia, że takie mistrzostwa będą dobrodziejstwem dla miast i państw, które włączą się w organizację. A tymczasem z ekonomicznego punktu widzenia sprawa wcale nie wygląda kolorowo. Jasne jest, że wraz z tego typu imprezą szerokimi strumieniami zaczną przepływać pieniądze w tę i we w tę. Ale to jeszcze nie oznacza, że przepływ pieniądza automatycznie generuje sensowne i przemyślane inwestycje. Tego typu naiwne myślenie wynika z postrzegania pieniądza niczym szampana, z którego w momencie otwarcia wylewa się radośnie bogactwo. Tymczasem należy sobie zdać sprawę, że większość inwestycji stadionowych na takie imprezy może być po prostu bez sensu. Skąd taki wniosek? Wystarczy zwrócić uwagę na to, kto te stadiony buduje. Te inwestycje nie są niestety realizowane ze środków dobrowolnych sektora prywatnego, lecz wspierane przez państwowe pieniądze, płynące z kasy wspólnej. Dlatego wypadałoby zadać sobie pytanie, dlaczego sektor prywatny nie jest zainteresowany tym, żeby samemu owe inwestycje rozpocząć? Skoro są tak wspaniałym dobrodziejstwem dla gospodarki i przednim interesem, to bez problemów powinni się znaleźć na niego prywatni sponsorzy. A jednak tak się nie dzieje. Dlaczego? Zadając to pytanie uświadamiamy sobie od razu, jaka jest odpowiedź. Ponieważ nie jest to opłacalne. Od razu pojawia się pytanie kolejne, dlaczego nie jest to opłacalne? Otóż dlatego, żę najwyraźniej środki prywatne mają lepsze, bardziej korzystne i z punktu widzenia konsumentów bardziej pożądane miejsce zatrudnienia. Jeśli inwestycja stadionowa nie jest realizowana z pieniędzy dobrowolnych, to oznacza, że nikt nie chce jej rozpoczynać, ponieważ najzwyczajniej w świecie się nie zwróci. Ponieważ w przyszłości nie pojawi się wystarczająca liczba klientów, którzy będą w stanie zapewnić jej opłacalność. Nawet jeśli sektor prywatny częściowo finansuje te projekty, a częściowo państwo, to i tak oznacza to działanie nieekonomiczne, ponieważ najwyraźniej te prywatne pieniędzy miały jakieś lepsze zatrudnienie, od którego zostały odciągnięte państwowymi dotacjami. Żeby zobrazować inaczej ten argument, pozwólmy sobie na eksperyment myślowy. Dlaczego by nie zbudować stutysięcznego stadionu w Lidzbarku Warmińskim, albo w Jezioranach? Dlaczego by nie postawić hotelu pięciogwiazdkowego we Frączkach, toru formuły jeden w Jesionowie, a finału Miss Polonia nie zorganizować w Brzydowie? Odpowiedzi na te pytania są jednocześnie odpowiedziami na pytanie, dlaczego organizowanie za pieniądze publiczne mistrzostw europy nie jest dobrym pomysłem ekonomicznym i pomysłem na wzrost gospodarczy. Ponieważ są to inwestycje nieopłacalne i nierozsądne. Przykłady, których użyłem są po prostu skrajne, ale ich sedno jest takie samo jak kazus mistrzostw europy.
wtorek, 09 czerwca 2009
Bankowość i regulacja
Obecny kryzys mógłby być świetnym momentem do rozpoczęcia rzetelnej debaty na temat całego systemu pieniężno-bankowego. Mógłby, ponieważ niestety ewentualną debatę upraszcza do konfrontacji dwóch stron sporu: zwolenników zwiększania państwowej kontroli regulacji nad rynkiem, oraz przeciwników tego rozwiązania, lub zwolenników zmniejszania kontroli i nadzoru. Tymczasem problem jest troszeczkę bardziej skomplikowany niż chcieliby to widzieć na przykład właśnie zwolennicy zwiększania państwowej regulacji, ponieważ jej przeciwników można i powinno się podzielić na dwie zupełnie inne grupy.
Zwolennikiem rosnącej regulacji państwa jest być niezwykle łatwo, szczególnie obracając się w sferze haseł i atmosferze kryzysu, gdy już wystąpił. Wystarczy bowiem odwołać się niemal metafizycznie do magicznego tworu, „państwo”, bez mała świeckiego bożka, które przecież dzięki temu, że opiera się na aparacie przymusu, będzie zasadniczo w stanie wyeliminować wszelkie problemy. Bo w końcu jeśli państwo może zamykać ludzi do więzień i zabierać ich pieniądze, to dlaczego nie miałoby sobie poradzić z planowaniem gospodarki i wszechobecną kontrolą. Wszelki przeciwnik regulacji państwa natomiast musi najwyraźniej nie zdawać sobie sprawy z konieczności pilnowania i nadzorowania, które jest niezbędne do tego, aby gospodarka kwitła i stabilnie się rozwijała.
Wracając do wspomnianych dwóch grup przeciwników zwiększania regulacji państwowych. Z jednej strony mamy w niej ludzi biznesu, którzy robią pieniądze na braku regulacji i dzisiejszym szkodliwym systemie gospodarczym. Z drugiej strony mamy jednak grupę, która zauważa, że wprowadzanie regulacji wbrew intencjom da naprawdę niewiele, ponieważ regulacje państwowe mają to do siebie, że są robione przez ludzi i dla ludzi. Nie zaś przez aniołów dla aniołów. Zatem państwo nie jest żadnym bożkiem, tylko realnie niebezpieczną instytucją, która dostając przywilej tworzenia prawa nie tylko nie będzie w stanie rozwiązać stawianych przez sobą problemów, ale na dodatek otworzy furtkę do tworzenia nowych, jeszcze poważniejszych.
Ci drudzy przeciwnicy wcale jednak nie uważają, że w ogóle zniesienie regulacji bankowych będzie pomocne. Wprost przeciwnie, po prostu trzeźwo zauważają, że obecny system pieniężny jest skażony błędną filozofią, a jego regulowanie, czy nie regulowanie nie zmienia jego patologii. Regulacja może co najwyżej te patologie skierowywać na inne tory i sprawiać, że ludzie robiący interes na tym systemie będą musieli spełniać na papierze pewne nie do końca jasne wymogi. A problem błędnego inwestowania wcale nie zniknie.
Należałoby wobec tego skierować uwagę z regulacji w stronę systemu pieniężnego, w którym dzisiaj państwo z publicznym kartelem prywatnych banków prowadzi ekspansję kredytu i pustego pieniądza. Ten aspekt stanowi zalążek obecnych problemów. Odgórne regulowanie banków jest skazane z góry na niepowodzenie, ponieważ ten system właśnie po to powstał, aby takie ekspansje pieniądza przeprowadzać. Jeśli ktokolwiek chciałby, aby takie ekspansje nie występowały powinien opowiadać się nie za maksymalnym zwiększeniem kontroli, wiążącym się prawie z wprowadzeniem socjalizmu finansowego, lecz za zniszczeniem ich źródła – odejściem od państwowej produkcji pieniądza na zawołanie.
środa, 13 maja 2009
Nowy Wspaniały Plan
Henry Paulson, były szef amerykańskie skarbu, zdawał się być oszałamiającym interwencjonistą budującym dzielnie i wytrwale socjalizm w Stanach Zjednoczonych. Wydawało się, że jego obecny następca, czyli Timothy Geithner ledwie będzie kontynuował przyjętą przez niego linię. Tymczasem plan Paulsona zdaje się być ledwie małym numerem w porównaniu do tego, co zaproponował obecnie Geithner. Trudno doprawdy o większy tupet i większą próbę kamuflowania oczywistości niż to co zaoferował minister. O co chodzi w nowym wspaniałym planie? Otóż idea ogólnie rzecz biorąc jest podobna do tych wcześniejszych. Państwo ma za pieniądze podatnika wspomóc osoby odpowiedzialne za bałagan na rynku finansowym. Powstrzymać przed bankructwem nieefektywne zarządy, które zrobią wszystko, aby tylko zachować swoją silną pozycje kosztem akcjonariuszy. Skoro esencja jest taka sama, dlaczego zatem jest to plan bardziej irytujący niż poprzednie? Ponieważ jest sprzedawany jako rzekomo zgodny z mechanizmem rynkowym, gdyż opierać się ma na tak zwanym partnerstwie publiczno-prywatnym. Otóż państwo nie opodatkuje po prostu obywateli i nie przekaże pieniędzy bankom. Nie, to byłoby zbyt bezczelne i za bardzo podrażniłoby i tak rozgoryczonych podatników. Zamiast tego wspomoże jakieś instytucje finansowe, które będą skłonne odkupić toksyczne aktywa od banków. Takie instytucje ściągną je z ksiąg zakażonych banków, a w zamian za to wspomogą banki dodatkowymi środkami pieniężnymi. Obecnie rzecz jasna żadna instytucja rynkowa nie jest tym zainteresowana, ponieważ każdy rozsądny inwestor wie, że te papiery są mocno przewartościowane i opierają się na błędnych inwestycjach. A zatem państwo będzie tutaj „wspierać” rynek. Za pomocą instytucji banku centralnego, skarbu, oraz ubezpieczyciela depozytów ma zostać zebrane bilion dolarów na kupno śmieciowych aktywów. Skarb daje 150 miliardów, a państwowy ubezpieczyciel 820 miliardów (swoją drogą nie wiem, jaka jest podstawa prawna do tego, aby ta instytucja działała w taki sposób – ale jak wiadomo przy budowie faszyzmu, czy socjalizmu mało kto martwi się o prawo). Brakujące 30 miliardów ma pochodzić od prywatnych inwestorów. Tak zebrane pieniądze pomogą wyczyścić zatrute księgi banków. Krytycy zauważają, że taka sytuacja rodzi pokusę nadużycia. Może się nawet łatwo zebrać te 30 miliardów, ponieważ nawet przy małej szansie, że te aktywa są coś warte szansa na duży zysk może skusić inwestorów. Sęk jednak w tym, że nawet jeśli szansa jest zerowa, to na pewno znajdą się inwestorzy gotowi w ten proceder wejść. Jacy? Otóż same banki, które posiadają te śmieciowe aktywa w swoich księgach. Cały przekręt będzie niezwykle prosty. Banki potworzą, tak jak robiły to już wielokrotnie w przeszłości, tak zwane spółki specjalnego przeznaczenia. Lub też mogą się umówić z jakimś funduszem, z którym mają jakieś, lub też niekoniecznie, powiązania kapitałowe. Dostarczą im te 30 miliardów dolarów. Te zaś dodając 970 miliardów państwowych pieniędzy wykupią aktywa o wartości biliona dolarów. Nawet jeśli te aktywa na sto procent nie przyniosą żadnych zysków w przyszłości i wszyscy będą dobrze o tym wiedzieć, to i tak kupcy się znajdą i zrobią na tym złoty interes. Czyż to nie piękne pozbyć się strat w wysokości biliona dolarów płacąc za to ledwie 3 procent? Potem oczywiście straty spółki specjalnego przeznaczenia mogą doprowadzić do jej likwidacji, a problem długu i posiadania toksycznych aktywów spadnie na bank centralny czy państwowego ubezpieczyciela depozytów i amerykański skarb. Czyli na podatnika. Wszystko to nie przeszkadza tymczasem Geithnerowi opowiadać fantazji na temat tego jak bardzo rynkowy jest jego plan. Skrajni lewicowcy mogą sobie też zaklinać rzeczywistość i opowiadać, że tak wygląda kapitalizm. W rzeczywistości jest to socjalizm w czystej formie. | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||